Co z tym planem?

Dwa tygodnie temu zakończyliśmy nasz szalony Euro Trip 2022! Dotarliśmy do Anglii, na północ, do zupełnie nowego miasta. Filmiki z trasy możecie zobaczyć tutaj.

Dobrze jest mieć przyjaciół bo, oprócz przechowania nam kilku niezbędnych rzeczy i chomika, ugościli nas po przyjeździe. Nie chcieliśmy im siedzieć długo na głowie, więc wymyśliłam że posiedzimy przez weekend, odpoczniemy, a w poniedziałek wyprowadzimy się do jakiegoś nowego lokum. Plan brzmiał nieprawdopodobnie, bo nie jest łatwo znaleźć dom w dwa dni. Stwierdziłam, że łatwiej będzie zacząć od pokoju i z czasem znaleźć wymarzony dom z ogrodem. W sobotę poszperałam po internetach, napisałam do kilku wynajmujących, a resztę zostawiłam w rękach Boga. Odezwało się do nas kilka osób, ale tylko dwie przyjmowały pary. Umówiłam nas na następny dzień, niedzielę, na oglądanie dwóch pokoi.

Najpierw pojechaliśmy zobaczyć ogłoszenie, które nie miało nawet zdjęć. Przeglądając je miałam przekonanie, że to może być nasza jedyna szansa, bo większość szukających nie wchodzi nawet na ogłoszenia bez zdjęć. Ludzie nie lubią kupować kota w worku.

Drzwi domu otworzył nam Sez, 30-tokilku letni Turek mieszkający od 20 lat w Anglii. Zaprowadził nas do pokoju, który pozostawiał wiele do życzenia. Przed nami mieszkał tam mężczyzna, który ewidentnie palił papierosy i nie miał w zwyczaju sprzątać. Zresztą cały dom wyglądał na bardzo zapuszczony i wszystko pokryte było albo warstwą kurzu, albo czegoś lepkiego. Sez wydawał się bardzo fajny i otwarty, złapaliśmy dobry kontakt.

Drugi pokój okazał się ponad 100-letnim pałacem z milionem pokoi, ogrodem i kurą chodzącą luzem po kuchni! Pokój sam w sobie był przestronny, czysty i lepiej wyposażony. Był też droższy. Właścicielem okazał się starej daty anglik i jego młoda tajlandzka żona. Gadało nam się świetnie, bo dziadek prowadził ciekawe życie. W domu mieszkało sporo osób i to był główny minus.

Po oglądaniu, wspólnie z Arielem i Moniką poszliśmy na pizzę i tam jednoznacznie zdecydowaliśmy, że wybieramy Seza. Zadzwoniłam do niego od razu i oświadczyłam, że jutro się wprowadzamy.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Zgodnie z planem moim – i z pomocą Boga – poniedziałkową noc spędziliśmy już w naszym nowym pokoiku. Zdążyłam go nawet gruntownie posprzątać, wyrzucając kilkanaście petów pozostawionych w meblach, myjąc i piorąc absolutnie wszystko.

Kiedy już problem dachu nad głowią mieliśmy tymczasowo załatwiony, a Martin usiadł już na podłodze przed komputerem, przeszłam do ogarniania sobie pracy. Wydawało mi się, że będzie to kwestia kilku dni, bo w czwartek miałam umówioną miesiąc wcześniej rozmowę kwalifikacyjną w przedszkolu. Byłam przekonana, że mnie przyjmą. Od poniedziałku do czwartku miałam okazję dowiedzieć się trochę więcej o naszym współlokatorze i napisać do kilku agencji o oglądnie interesujących nas domów. Okazało się że Sez jest biznesmenem i nie brakuje mu pieniędzy. Na co dzień dorabia sobie na Uber Eats. Na dostarczaniu jedzenia zarabia przynajmniej 2-3 razy tyle co ja w przedszkolu. Przyznam wam, że to była mega wkurzająca informacja, bo pokazała jak opieka i wychowywanie dzieci jest niedocenione.

Na rozmowę kwalifikacyjną pojechałam motorem. Dzień był słoneczny, a droga prowadziła przez pobliskie polany, wioski i miasteczka. Jadąc byłam z siebie dumna, że spełniłam swoje marzenie i nauczyłam się jeździć motorem, który tak pięknie się mnie słuchał! Rozmowa przebiegła sprawnie, opowiedziałam menadżerce połowę swojego życia i przedstawiłam swoje wymogi. Nie wymagałam dużo, chciałam dokończyć dyplom i byłam w stanie pracować za minimalną krajową. Niestety tu się okazało, że prawdopodobnie będę zarabiać połowę minimalnej, bo nadal się uczę. Nie było to dla mnie akceptowalne, więc menadżerka musiała przedyskutować tę kwestię ze swoją szefową. Zaproponowała, żebym przyszła jutro na kilka godzin próbnych, a ona do środy ustali kwestię stawki.

Dzień próbny zaczęłam o 8, a o 8:30 większość zdążyła już mnie obleźć. Szybko się zorientowałam, że to przedszkole bardzo się różni od tego, w którym pracowałam poprzednio. Tutaj dzieci były posłuszne, nie miały problemów z językiem i nie było żadnych dzieci z autyzmem. Dokładne przeciwieństwo tego, co znałam i w czym wcześniej pracowałam. Na początku było fajnie, ale będąc z dziećmi na zewnątrz przeraziłam się tego, co poczułam…

Poczułam znudzenie, bezsens i mój wewnętrzny głos kwestionował moją obecność w tym miejscu. Kompletnie się tego nie spodziewałam! Przecież lubiłam tę pracę i planowałam w niej zostać. Dotrwałam do końca i w środę miałam dostać odpowiedź, czy mnie chcą.

W domu Martin, krótko mówiąc, zachęcał mnie żebym wzięła pod uwagę opcję pracy dla Ubera. Nie do końca chciałam brać to pod uwagę, bo przecież wyjeżdżałam do Anglii z przekonaniem, że muszę zrobić tutaj papier, który później Bóg jakoś wykorzysta. Nie chciałam go zawieść! Z drugiej strony pamiętałam, że przy decydowaniu o przerwie na moim kursie brałam pod uwagę, że plany się mogą zmienić i nie wrócę już nigdy do nauki. Ten czas był fatalny, czułam się zawieszona w przestrzeni, nic nie zależało ode mnie i pozostało mi tylko czekać, aż ktoś się odezwie.

Do środy pochowaliśmy królową i wielokrotne usłyszałam kalkulacje Seza na temat zysków z pracy na Uberze i strat z pracy w przedszkolu. Mimo tych przekonujących argumentów, nadal trzymałam się ustalonego dawno temu planu.

Czekanie było stresujące, a jeszcze bardziej stresujący okazał się mail z informacją, że jedna z agencji chce nam wynająć dom. Na formularzu podałam, że będę pracować w przedszkolu, a niestety z przedszkola nie było jeszcze odzewu. Napisałam im, jak wygląda sytuacja. Miałam im dać znać, jak przedszkole się odezwie. Przez cały dzień ze stresu bolała mnie głowa, bolało mnie serce.

Po południu zadzwonił telefon – menadżerka z przedszkola z informacją, że mnie chcą i że mogę zaczynać od poniedziałku. Oczami wyobraźni widziałam już, jak wprowadzamy się do nowego domu! Pobiegłam szybko do Martina się skonsultować.

Martin był sceptyczny co do mojej pracy w przedszkolu, więc zaczęliśmy gadać. Uświadomił mi na czym stoję. Po naszych trzymiesięcznych podróżach jestem spłukana praktycznie do zera. Zbiegiem okoliczności zamieszkaliśmy z gościem który daje mi możliwość o wiele lepiej płatnej i bardziej elastycznej pracy, przy której zostaje mi dużo czasu na naukę i pasję. Dodatkowo chce mnie wszystkiego nauczyć. W kontrpropozycji pracuję 9,5 godziny dziennie z dojazdami, po pracy i w weekendy się uczę i do tego zarabiam tyle, że przez co najmniej następne pół roku nie jestem w stanie nic odłożyć. Faktycznie – zbiegi okoliczności, w których się znajdowaliśmy, były przychylniejsze tej nowej propozycji. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie trzymam się planu ze względu na wygodę i na to, co już znam. Może właśnie zaczęłam robić wbrew temu, gdzie Bóg mnie prowadzi. To była cholernie trudna chwila! Ja, sama, stanęłam przed decyzją!

Idę w to, co planowałam od ponad roku i to, co jest mi znane, czy idę tam, gdzie akurat wieje wiatr i okoliczności są mi przychylne.
Co byś zrobił?

Ja znalazłam wyjście pośrednie! Postanowiłam odłożyć w czasie kończenie dyplomu i iść robić to, co wydaje się mądrzejsze na obecną chwilę. Mam zamiar mieć oczy, uszy i serce otwarte na to, gdzie Bóg będzie chciał mnie prowadzić. Jak mi każe wrócić do przedszkola to wrócę, ale pogodziłam się też z myślą, że wcale może tego nie chcieć. Niemniej jednak chujowo jest coś zaczynać i nie kończyć, ale – z punktu widzenia życia wiecznego – czymże jest jakiś mało znaczący papier, który Bóg jest w stanie obejść.

Przeraża mnie, jak bardzo trudno jest słyszeć Ducha Świętego, jeśli człowiek uporczywie upiera się przy planach. Zaskoczyło mnie też, że Bóg może zmienić człowiekowi plan nie kończąc poprzedniego, tak trochę z dupy. Cieszę się, że mimo wszystko dał mi zdecydować i do niczego mnie nie zmuszał – to jest w Bogu piękne, a dla człowieka trudne!

Po tym zajściu odpuściłam wszystkie plany. Nie szukam już nawet domu. Staram się dostosować do nowej drogi. Nie wiem, co ten Bóg planuje, ale ufam jemu bardziej niż sobie. Puszczam kierownicę, niech Bóg prowadzi!

Mieliście kiedyś taką?
Macie jakieś polepszacze sygnału, na którym nadaje Bóg i Duch Święty?

Dzieci w szkole w Afryce

Jak pomagać Afryce

Jest temat. Bo jest dylemat: jak to jest z tym pomaganiem?

Niby oczywista oczywistość: pomagaj zawsze i wszędzie, to bliźnim wokół lepiej będzie. Uczyli się tego rycerze i harcerze, templariusze i wolontariusze. I faktycznie – zdobywać mądrość lub fizyczną siłę, żeby służyć słabszym w tych dziedzinach, wiele szlachetnego w sobie nosi. Oznaczało też zazwyczaj coś robić, a nie coś dawać. Ale współcześnie większość aktywności pod tytułem „pomagaj” kręci się wokół pieniędzy.

Continue reading

Image by Ryan McGuire

Trener osobisty

Ja miałam w życiu kilku trenerów. Jedni byli spokojni i cierpliwi. Inni wyciskali ze mnie siódme poty (po jednym na każdy dzień tygodnia), a także inne płyny, z których najkulturalniej wymienić łzy.

Continue reading