Colbury Church

Kościół, który wstydzi się Boga

Na samym początku odcinka Odwyku „Dowody na istnienie Jezusa” pojawia się mały lokalny kościół. Jego nazwa to „Christ Church Colbury” i składa się głównie z budynku, grobów oraz ludzi, którzy bardzo lubią jedno i drugie.

Kościołów w Anglii jest pełno. I poza walorem estetycznym (bardzo ładne są) nic specjalnego do rzeczywistości nie wnoszą. Mija się je na ulicach niczym wiewiórki, i tak samo traktuje: ładne to, miłe, przyjemnie jest przystanąć i popatrzeć na kilka sekund. Ale na realne życie wpływu żadnego nie ma.

Colbury Church zwrócił moją uwagę ze względu na tabliczkę. Tytuł mówi „Welcome to Christ Church Colbury” a poniżej kościół nam się przedstawia. Takimi mniej więcej słowami:

Jesteśmy społecznością przyjaciół i sąsiadów oferujących zajęcia dla dzieci i dorosłych przez cały tydzień

Nic bym w tym pewnie nie zauważył szczególnego, gdybym właśnie nie zabierał się do nagrywania odcinka o Jezusie i pierwszych chrześcijanach. Wyobraziłem sobie tamte czasy i tamtych ludzi, i w oczy rzucił mi się rażący kontrast pomiędzy dwiema grupami ludzi. Obie grupy nazywają siebie chrześcijanami.

Chrześcijanie i chrześcijanie

Pierwszych chrześcijan mordowano, poniżano, okradano i prześladowano z powodu ich upartej bezkompromisowości w swoich przekonaniach dotyczących Jezusa. I z powodu tego, że głośno i otwarcie ich swoje poglądy propagowali.

Z drugiej strony mamy ludzi, którzy na hasło „covid” i „lockdown” wycofali się z jakiejkolwiek działalności, zrezygnowali na całe miesiące z uprawiania tego, czego uczył Jezus: otwartej, odważnej, praktycznej miłości do innych ludzi.

Uderzył mnie jeden szczegół tak naprawdę: to, że na tabliczce, która w skrócie opisuje „kim jesteśmy” ani razu nie pada słowo „Bóg” czy „Jezus”. Słowo „Christ” zostało tylko w nazwie.

Co na takiej tabliczce napisaliby pierwsi chrześcijanie? Można się spodziewać, że tabliczka by wyglądała raczej tak:

„Jesteśmy społecznością przyjaciół, którzy wierzą, że Jezus jest Mesjaszem i jedynie wiara w niego może uwolnić człowieka od winy, zła i uratować przed sądem Boga”

Tak, to już bardziej pasuje do definicji chrześcijanina.

Kim w ogóle jest chrześcijanin?

Definicja-minimum chrześcijanina mówi, że jest to ktoś, kto jest przynajmniej marginalnie zainteresowany Jezusem i zachęcaniem do wiary w niego.

Stąd przecież nazwa: „chrześcijanin”. Pochodzi od „Chrystus”, a nie od „dobry sąsiad pomagający miło spędzać czas dzieciom i młodzieży”.

Pomyślałem: może za daleko idące wnioski wyciągam z jednej tabliczki. Poszukałem więc szybko ich strony w internecie. Na całej stronie nie ma ani razu słowa „Jesus” ani „Bible„. „God” pojawia się jeden raz. Tyle dobrze. „Christ” występuje wyłącznie w nazwie. W sekcji „About” mamy dwie pozycje: „People” i „History„. Ale nic o Bogu ani Jezusie! Najwyraźniej kościół uznał, że nie jest to coś, co jest warte wzmianki na równi z ludźmi i historią. Gdyby na podstawie samej tylko strony w internecie oceniać kim właściwie są bywalcy „Christ Church Colbury” należałoby stwierdzić, że to humaniści i historycy. Na to, że to chrześcijanie nie wskazuje w zasadzie nic, poza nazwą i jednym małym zdaniem ze słowem „Bóg” rzuconym przy okazji.

Wstyd wierzyć

I jakie z tego wnioski wyciągnąć? Czy ci ludzie kompletnie nie wierzą w Boga? Czy nie są nim w ogóle zainteresowani? A może tylko się wstydzą?

Dziwne by to było: wstydzą się mówić głośno o tym, co dla nich najważniejsze w życiu i co stanowi powód i sens ich istnienia jako kościół? No bo jeżeli ani Bóg ani Jezus nie jest specjalnie ważny dla kościoła, to dlaczego kościół w ogóle jest kościołem?

Żeby ktoś nie pomyślał, że to tylko kwestia gustu i raczej drobiazg, przypomnę, co na ten temat mówił sam Jezus:

„Kto się bowiem wstydzi mnie i moich słów wobec tego pokolenia cudzołożnego i grzesznego, tego i Syn Człowieczy będzie się wstydził, gdy przyjdzie w chwale swego Ojca ze świętymi aniołami”.

Problem i jego rozwiązanie

Nie jest to oczywiście sprawa dotycząca jednego kościoła ani nawet jednego kraju. Wszędzie na zachód od Polski kościoły składają się z ludzi, którzy nie mają najmniejszej ochoty na namawianie ludzi do wierzenia w cokolwiek. Takie wtrącanie się w prywatne przekonania innych ludzi uważane jest na Zachodzie za coś w wyjątkowo złym smaku i przejaw niecywilizowanego podejścia. A nikt przecież nie lubi czuć się jak barbarzyńca. Zwłaszcza w Anglii.

I w taki to sposób ostatni nakaz, który Jezus zostawił swoim uczniom: „idźcie na cały świat i czyńcie ludzi moimi uczniami” stanął w sprzeczności z przyjętym modelem zachodniego życia społecznego. Na liście przykazań tego modelu znajdują się fundamentalne zakazy:

  1. nie będziesz rozmawiać o życiu prywatnym
  2. nie będziesz rozmawiać o niczym ważnym
  3. nie będziesz mówić o niczym co może komukolwiek zepsuć nastrój

Jak więc poradzili sobie z tym dylematem zachodni chrześcijanie?

Przestali mówić o Bogu!

Zamiast tego niezręcznego i raczej żenującego opowiadania o Jezusach, grzechach i Bibliach, zajęli się tym, co społecznie bezpieczne i akceptowane: rozdawaniu posiłków, organizowaniem zajęć dla staruszków, prowadzeniem przedszkoli i tak dalej. Nic, co by w jakikolwiek sposób groziło tym, że ktoś może zmienić swoje życie.

I teraz wszyscy ich chwalą.

I nikt nie przywiązuje do nich najmniejszej wagi. Serio, bardziej bym się przejął zdaniem wiewiórki niż członka angielskiego kościoła. Rząd z okazji lockdownu pozamykał wszystkie kościoły – co się nigdy wcześniej nie zdarzyło w całej historii Anglii – i ledwo parę osób zaprotestowało. Nic bardziej dobitnie nie pokazuje jak głęboko wszyscy mają chrześcijan w dupie, razem ze wszystkim co głoszą – o ile coś w ogóle.

I trudno się dziwić. Pierwsi chrześcijanie płacili za swoje przekonania majątkiem, pozycją, zdrowiem i krwią. Każdy widział ile były dla nich warte ich przekonania. I ludzie byli gotowi posłuchać.

A dziś, ile warte są poglądy ludzi, którzy na każdym kroku nam udowodniają, że zrobią wszystko, byle tylko nie zapłacić za nie żadnej ceny?

I taki jest skutek reformy pod tytułem: połączmy współczesne zachodnie wartości z biblijnym chrześcijaństwem.

Ja, wzorem Jezusa, określiłbym tą reformę w dosadnym skrócie: chrześcijanie przestali być chrześcijanami.

Nie bójmy się powiedzieć wprost: kto pokazuje, że nie ceni zupełnie Jezusa ani jego słów, ten chrześcijaninem nie jest. Bo jak mówi anglojęzyczne powiedzenie: jak sobie wsadzisz pióra w dupę to nie staniesz się od tego orłem.

Jezus nie przewidywał takiego kompromisu. I zapowiadał wyraźnie jak zostaną potraktowani ludzie, którzy deklarują co innego a co innego robią. Wątpię, że strojeniem się w chrześcijaństkie piórka uda się nabrać tego sędziego tak łatwo jak łatwo było nabrać samego siebie.

Co robić, jak żyć?

Dobrze by było samego siebie testować. I policzyć sobie od czasu do czasu, ile jesteś w stanie zapłacić za swoje przekonania. Czy w ogóle cokolwiek? Czy już za nie płaciłeś? Co zrobić jak przyjdą ze skargą, groźbą czy mandatem za uprawianie chrześcijaństwa w praktyce?

Taki Judasz znalazł swoją cenę: 378 gramów srebra. Sporo. Ale dzisiaj cenniejsze są dla ludzi inne rzeczy: bezpieczeństwo, święty spokój i dobra opinia.

O tym ostatnim Jezus mówił tak:

„Biada wam, gdy wszyscy ludzie dobrze o was mówić będą; tak samo bowiem czynili fałszywym prorokom ojcowie ich”

I dlatego życzę każdemu kto to czyta: niechaj cała kupa ludzi mówi o tobie źle!

A jeżeli uważasz się za ucznia Jezusa, to już obowiązkowo!

 

16 komentarzy

  • Tak sobie myślę, że dla wielu ludzi może to jest tak pioruńsko oczywiste, że kościół ma dotyczyć Jezusa i Boga że przestali o tym wspominać głośno, i robi się z tego tajemnica poliszynela. 😛 No i oczywiście przy okazji, skoro przestali o tym mówić to przestali się na tym skupiać.

  • Jak sam zauważyłeś kościołów w Anglii jest bardzo dużo.
    Faktycznie są takie które się wstydzą i boją.
    Są też takie które na wielkich bannerach reklamują nie siebie a Boga.

    Faktem jest że najwięcej widać indywidualnej inicjatywy.
    Widać ludzi z głośnikami karaoke którzy przez te głośniki nawracają na nawrócenia (urażeni ateiści często szczują na nich Policję).
    Widać ludzi z ulotkami zaczepiających przechodniów.
    Ja czasem pod Tesco spotykam kobietę z alzheimerem (znajomą z kościoła babtystów z któym się widywałem) – ona tam często przychodzi i nagabuje ludzi opowiadając o tym jak była umierająca, a Bóg ją wyleczył.
    Różnie jest – bardzo różnie.

    • Fakt, różnie jest, bo ludzi jest po prostu strasznie dużo.

      Ja tu przez rok jeszcze nie trafiłem na tych z głośnikami. Może tylko tak akurat wyszło. Ale gdybym podliczył te wszystkie kościoły, które mijałem po drodze jeżdżąc na rowerze po okolicy, to aktywnych ludzi powinno być więcej niż wiewiórek. Coś mi tu ewidentnie nie gra w tych proporcjach.

  • To że Chrześcijanie byli prześladowani to nie jest argument

    Wyznawcy rożnych religii są prześladowani, czy to ma oznaczać że każda z tych religii musi być wiarygodna?

    • A ktoś coś mówił o religii?

      Ja mówię o tym, że jak kogoś prześladują za poglądy, a on mimo to dalej w te poglądy wierzy, to jego wiara jest wiarygodna.

      Inaczej mówiąc: możemy mu wierzyć, że on faktycznie wierzy w to co mówi.

      Nie ma przy tym znaczenia czy wierzy, że e=mc2 czy że za siedmioma galaktykami istnieje Potwór Spaghetti. Każdy kto jest gotowy cierpieć za swoje przekonania, dowodzi tym samym, że naprawdę jest przekonany.

      A czy to prawda czy nie, to zupełnie inna bajka.

      Problem jest inny: jak można wierzyć komuś, kto sam nie wierzy w to co mówi? Jak można traktować jego poglądy jako coś ważnego, skoro on sam je traktuje jak bezwartościowe śmieci?

      • Jasne, wiara jest wiarygodna- dla niego.

        Bo np jeśli założymy że islamscy fundamentaliści wysadzają się w imię swojej wiary, to znaczy że też jest wiarygodna?

        Dla niego tak, dla Nas to głupota 🙂

        Także punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia

        Z ostatnim zdaniem się zgadzam, wtedy to zwykła hipokryzja.

        Niestety w kościołach jest pełno takich ”gadatków” co mówią jedno, a robią drugie.

        • Mówisz „wiarygodna” a masz na myśli „prawdziwa”.
          Ja tylko mówię o tym, że islamski terrorysta wierzy w swoją misję. Wierzy? No pewnie, że wierzy.

          Nie mówi to nic o tym czy jego misja jest prawdziwa i sensowna. Ale kiedy mi powie, że Allah jest dla niego ważny, to ja mu wierzę. Jest wiarygodny.

          Głupi, wredny ale wiarygodny.

          • A czy Ty Martin odczuwasz w jakiś sposób realne działanie Jezusa w Twoim życiu?

            Pytam z ciekawości

          • Czy ja odczuwam?
            O, pewnie. Od 25 lat. Raz częściej, raz rzadziej, ale to u mnie stała sprawa.

            Może po części dlatego tak jest, że mu też daję okazje. Nie staram się kontrolować życia specjalnie, nie mam domu, nie mam ojczyzny, nie trzymam się kurczowo niczego. Zauważyłem, że jak się porządnie zasiedzę to realne działanie się robi coraz rzadsze.

  • To faktycznie jest kabaret, kiedy ktoś zakłada kościół, który postępuje w ten sposób. Ale jak jest w przypadku pojedynczych wierzących osób? Ja mam zawsze dylemat, czy w tej lub innej sytuacji zacząć mówić o Jezusie czy nie. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl „wtrącanie o Jezusie w tym momencie będzie bardzo na siłę, to jest narzucanie się”. A jeśli faktycznie to będzie narzucanie się, to da odwrotny efekt do zamierzonego. Jak mamy szkodzić to lepiej już nie nie robić, moim zdaniem. Tylko pytanie brzmi, jak rozpoznać kiedy to faktycznie jest na siłę, a kiedy sobie tak tylko wmawiam, bo zwyczajnie boję się wyśmiania czy że ktoś krzywo na mnie spojrzy.

    • Ja na to nie mam odpowiedzi, jadę na czuja. Tego jestem pewny (bo w Biblii o tym jasno), żeby zawsze być gotowym opowiedzieć o sobie w kontekście Boga. Gotowy zawsze jestem, a okazje to raz są, raz nie ma, raz coś powiem, raz poczekam, różnie. Też mi czasem głupio jakoś i czasem nie zagadam, chociaż by to pewnie i dobre było. A czasem mi się zdaje, że mówię za mało.

      Ja tak naprawdę mam niską poprzeczkę, nie chcę być wielkim bohaterem. Chcę zrobić minimum przyzwoitości, tak żebym się nie musiał wstydzić za swój strach i lenistwo. Ale generalnie to zachęcam żeby robić więcej niż ja.

      A czy ktoś zakłada kościół żeby taki mierny był? Wątpię. Raczej odziedziczył już istniejący. Pewnie głupio mu coś zmieniać teraz, skoro taka długa tradycja.

        • Hehe, nie ma warunków. To nie prawo jazdy ani automat do spełniania życzeń. Bóg zrobi co chce. Nie zmusisz go nijak do niczego. Ale możesz go przekonać, że poważnie chcesz to co mówisz. Tak jak mówił: „pukaj a ci otworzą”.

          Jeżeli przez „działał w moim życiu” masz na myśli „robił tak żeby mi było fajnie”, to znaczy, że co, on ma być twoim sługą, a nie odwrotnie? Że ty tu jesteś najważniejszy? O nie, nie jesteś. Może tu jest ta różnica: ja wcale nie chciałem żeby Bóg działał w moim życiu. Ja tylko chciałem wykonywać jego polecenia i być użyteczny. Widać mu się spodobało, bo od samego początku posyłał mnie do roboty – aż do dziś.

          „Bóg w moim życiu” wcale nie oznacza, że mam lepiej w życiu. Zarabiam teraz ze 3 razy mniej niż bym mógł, nie mam mieszkania, nie mam nic naskładane na żadną emeryturę i co dwa lata się przeprowadzam i od początku zaczynam życie. Na żonę co by takie życie zniosła (i ją to cieszyło) to musiałem czekać 40 lat. A większość przyjaciół jest za granicą. Taki jest koszt.

          „Bóg w życiu” zwykle oznacza, że ci będzie trudniej niż teraz, a nie łatwiej. Na pewno chcesz?

          Ja nie zamieniłbym tego życia na żadne inne. To są fajne przygody. A poza tym lubię wyzwania: im trudniej tym lepiej. No, w miarę realnych możliwości, byle bym był w stanie to unieść.

  • No tak to wygląda. Dlatego ja zawsze mówie że nigdy nie spotkałem (może poza niektórymi mnichami) prawdziwych katolików. Takich co uważają że papież jest nieomylny, wierzą w to co jest napisane w katechiźmie, w odpusty, nie stosują antykoncepcji, sexu przed ślubem, poszczą w piątki i uważają, że jak nie będą w stanie łaski (czyli po spowiedzi i komunii) to pójdą do piekła. I większość ich rodzin, znajomych i wogóle ludzi na świecie. Bo to jest oficjalnie katolicyzm.
    W Polsce nie nominalnie ale faktycznie jest większość prawosławnych czyli sakramenty tak, ikona w Częstochowie tak, pielgrzymki tak, ale prezerwatywy nie są złe, można mieć własne zdanie, niema czyśćca, wniebowzięcia Maryji, nieomylności papieża i nie trzeba słuchać biskupów i wierzyć „po swojemu”. Tak to w Polsce wygląda, czyli takie prawosławie w zasadzie. Najgorzej, że ci ludzie daje myślą, że są rzymskimi katolikami. Co do protestantów to niektórzy na prawdę wierzą i głoszą z głośników na placach, ale i wśród nich zdarzają się rozwody i inne rzeczy a mówią że „wąska jest brama przez którą się wchodzi do królestwa”. Dla mnie nie ma denominacji czy kościoła z którego nauczaniem bym się zgadzał. A szkoda bo fajnie mieć grupe i społeczność. Pierwsi chrześcijanie tworzyli wspólnoty a rzekłbym nawet że komuny. Więc to jakieś takie naturalne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.