Spokojnej starości

Od miesiąca pracuję w domu spokojnej starości.

Nie znałam wcześniej tego świata, świata „spokojnej” starości. A teraz zostałam postawiona przed tematami, którymi zdrowy, młody człowiek nie zawraca sobie głowy.

Mary je zupę

Pewnego dnia karmiłam Mary.

Mary to kobieta po 90-ce, z demencją tak zaawansowaną, że nie ma z nią praktycznie żadnego kontaktu. Leży nieruchomo, od czasu do czasu z majaczących ust można wychwycić dwa sensowne słowa. Ale głównie śpi. Zachowały się jeszcze odruchy jedzenia i wydalania. Reszta jest przypadkowa.

No więc siedziałam przy Mary podając jej strzykawką zupę i zaczęłam zastanawiać się: jaki jest cel i sens życia takiej osoby? Czy dobrze robię, że karmiąc ją, podtrzymuję ją przy życiu? Czy może w jej konkretnym przypadku eutanazja miałaby sens? I kto powinien o takich sprawach decydować, skoro ona sama już nie może? Co czują dzieci, patrząc na taką mamę?

Czy rozumuję już jak Hitler?

Co na to wszystko Mary, właścicielka tego mizernego wehikułu? Czy ona tam w środku w ogóle jest? Czy to już raczej taki pojazd, w którym kierowca zasnął za kierownicą. Może lepiej, żeby jednak zjechał z drogi?

Bo to wyjątkowo drogi samochód. Koszt utrzymania Mary to £600 tygodniowo (ponad 12000zł na miesiąc). Za rok takiego życia można by zbudować dom dla jednej rodziny.

Zdjęcie

Bezsens sytuacji podkręca zdjęcie wiszące na szafie u Mary.

Na tym zdjęciu Mary ma 20 lat. Uśmiecha się zalotnie w zwiewnej letniej sukience.

Jak do tego doszło, że dzisiaj leży nieruchomo w łóżku i karmię ją strzykawką? Czy można było temu zapobiec? Czy mnie i moich znajomych też to czeka? Czy ona teraz cierpi przedłużając swój marny byt?

Co na to wszystko Bóg?

Czy Mery nie chce odejść z tego świata? Co to znaczy „żyć”? Czy jest sens tak egzystować? Jeśli tak, to jaki?

Takie pytania mi się pchają do głowy podczas pracy. Czy ktoś z was potrafi odpowiedzieć?

9 komentarzy

  • No właśnie. Jeszcze dodatkowo Mary może niezbyt w życiu zetknęła się z Bogiem i nigdy rzeczywiście nie wierzyła i teraz jeszcze po śmierci pójdzie na wieczne męki. Żeby tam bez celu że to coś zmieni cierpieć na wieki wieków… Za te 90 lat życia. Gdzie tu sens i logika. Ale jeśli to piekło istnieje i ona miałaby tam pójść to karm ja jak najdłużej!

    • Dom w którym pracuję, jest domem chrześcijańskim. Więc pewne jest że Mery o Jezusie, Bogu i biblii za życia słyszała.
      Co do piekła, to z tego co rozumiem, dla tych bez biletu wstępu do nieba, najpierw czeka sąd. Po sądzie myślę, że wszystko stanie się dla każdego jasne i każdy zrozumie sprawiedliwość i decyzję Boga. Ale to subiektywna opinia. Chyba najtrudniejsze w zrozumieniu stanu Mary jest to, że nie wiemy czy Mary tam jest i nie wiemy co Mary czuje, myśli. Może lepiej byłoby jej być choćby i w piekle ale 100% świadomie, niż zawieszona w obecnej rzeczywistości. Kto wie?

  • Ja mogę jedynie powiedzieć od siebie, że ja bym tak nie chciał żyć. I moja żona o tym wie chociaż nie wiem czy potrafiłaby podjąć decyzję o mojej eutanazji gdybym był w takiej sytuacji, a ona miałaby taką opcję (zakładając że nie dałoby się w żaden sposób umożliwić mi jakiejś fajnej i w miarę normalnej egzystencji). Zresztą jestem chrześcijaninem tak, więc dla mnie w sumie śmierć to zysk. Uważam też, że Bóg jest miłosierny i to rozumie i nie potępia chęci śmierci w każdym przypadku. I Jezus wybaczy ludziom samobójstwo czy śmierć na swoje własne życzenie o ile tylko nie robimy tego z błahych powodów – samobójstwo z automatu nie sprawia, że przestajesz być chrześcijaninem (tak myślę). Ateiści chyba mają jeszcze łatwiejszą decyzję – skoro nic nie ma po śmierci to po co się tu męczyć. Oczywiście problem powstaje gdy sam już nie jesteś w stanie decydować i nic zrobić, ale wtedy podjąć odpowiednie działania może twoja rodzina lub twój opiekun prawny (chyba sąd go może nawet wyznaczyć w niektórych krajach). Pamiętam, że w takim zabawnym serialu Futurama były nawet budki, dla samobójców :-P. To raczej przesada, ale w Polsce mamy kolejną przesadę czyli zupełny zakaz eutanazji bez względu na powód – masz umierać naturalnie choćby i w bólach niczym Jezus na krzyżu, bo cierpienie uszlachetnia…?

    • Ja też jestem zdania, że możemy sami zdecydować o swojej śmierci. Myślę, że to jest częścią wolnej woli, którą Bóg dał człowiekowi i którą szanuje.
      Futuramę oglądałam i faktycznie były takie budki 😀
      Każdy przypadek jest inny, dlatego nie lubię generazliowania na całość społeczeństwa i zakazywania (lub nakazywania) każdemu tego samego.

      Lukszmar, mam nadzieję że twoja żona uszanuje twoją decyzję i wiarę, jeśli będzie taka potrzeba ! 🙂

  • Lukszmar, ja często myślałem o samobójstwie.

    Mimo że paradoksalnie mam wszystko co mi trzeba. Nie mam tyko miłości, po trudnym dzieciństwie w tej i innych kwestiach jestem pusty jak bęben.

    To mi doskwiera. Informacja że Jezus mnie kocha nie wiele zmienia w moim życiu.

    • Maciej, ja też myślałam o samobójstwie. Nadal czasmi myślę, jak widzę w jakim kierunki idzie świat.
      Z drugiej strony mam jeszcze kilka planów, marzeń i wiem że świat jest ciekawy i gotowy do odkrywania.
      Co do pustki którą czujesz, polecam ci mój tekst „JAK ODKRYŁAM W ŻYCIU SMAK” (jest w poprzednich wpisach na tym blogu).
      Próbowałeś, gadając z kimś zaufanym, dojść do tego dlaczego tak się czujesz i co możesz zrobić, żeby napełnić ten pusty bęben?
      Chcesz go w ogóle napełnić?

      • Dziękuje. Przeczytam Twój tekst Dominika.
        Chciałbym to napełnić i doświadczyć tego. Ale nie do końca wiem jak to zrobić…

    • Maciej, dokładniej to co Dominika napisała. Możesz jeszcze w życiu odnaleźć „smak” i ogólnie miłość, namiętność, radość, itd. Może trudno ci w to uwierzyć, ale czemu miałby to być niemożliwe…?

  • To są ciężkie pytania.
    Bo dotyczą ludzi najbardziej bezbronnych, którzy najczęściej nie są w stanie sami o sobie decydować i pomóc nam rozwiązać ten dylemat. Bo to tak jak z bardzo ciężko upośledzonymi od urodzenia dziećmi. Te same pytania, a w przypadku maluchów jeszcze trudniej wypowiadać je na głos.
    W mojej najbliższej rodzinie zdarzył się przypadek opieki nad osobą, przy której, a w zasadzie za którą trzeba było zrobić wszystko bez informacji zwrotnej, czy to ma dla niej sens. Dosyć koszmarna sytuacja, potwornie obciążająca pod każdym względem, gdzie ciężko było się dopatrzyć jakichkolwiek plusów. Ale z drugiej strony widziałam, że jak to dotyczy najbliższej ci osoby, to perspektywa zmienia się diametralnie. Jak ty karmisz Mary, do której możesz czuć empatię i sympatię to jest to zupełnie co innego niż jakbyś karmiła swoją mamę. Której życia byłaś świadkiem i dla ciebie wciąż ono ma wartość.
    Także lepiej by było, jakby ci ludzie odchodzili w swoich domach, ale to trochę utopijna wizja. Bo właśnie ten brak odpowiedzi na najtrudniejsze pytania przerasta rodziny i przeciąża je tak, że nie daje się utrzymywać motywacji w kierunku sensowności swojej opieki. Która generuje coraz większe koszty emocjonalne, finansowe i fizyczne. Więc istnieje rodzaj społecznej ściepy, że takie domy istnieją. I hospicja i inne placówki. Ze względu na nierozwiązalny dylemat.
    Jezus nie bronił wylać na siebie olejku, za który można było wykarmić kilka wiosek. Bo ktoś to zrobił z miłości. I koszt się nie liczył. I wierzę, że Bóg widzi te swoje dzieci wszędzie i w wielu sytuacjach daje okazję do lekcji miłości. Bo tak jak bezbronne jest niemowlę i jego życie jest dla nas cenne wyłącznie ze względu na miłość do niego, tak z drugiej strony życia tą samą miłością można oddać szacunek temu, które wygasa. A np. skazywanie kogoś na egzystencję w nieuleczalnym bólu nie wydaje mi się pełne szacunku. Znam wiele osób, dla których praca w hospicjum czy DPS-sie była lekcją radości z życia.

    Dzięki za ten odważny wpis, Dominika:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *