dziecko w zimie na drodze

Styczniowe cuda

Skończył się styczeń, miesiąc życzeń, naiwnie lub bohatersko szpikowanych noworocznymi nadziejami. U mnie ten rok będzie miał w sobie kilka dat tak zwanych „okrągłych”. Pierwsze kółko to czterdzieste urodziny. Podobno to dość przełomowy jubileusz dla kobiety. Zobaczymy, czy coś więcej się przełamie niż przy 38 czy 39, a jeśli już, to oby nie w stawach. Drugie zaokrąglenie to osiemnastka mojej młodszej córki. Dla niej oznacza to coś innego niż dla mnie w kwestii prawnych zysków i strat. A trzecie kółko na podium to dwudziesta rocznica ślubu.

Małżeństwo teoretycznie

Powiem wam, że dwadzieścia lat jest to już kawałek czasu razem i naprawdę wartościowa lekcja życia. I w tym kontekście myślę sobie o tej słynnej „jedności”, powszechnie rozpatrywanej duchowo w odniesieniu do dwóch popularnych wspólnot: małżeństwa i kościoła. Przez lata całe kojarzyło mi się to przede wszystkim z byciem podobnym. Oczekiwanie podobieństw w tak misternej konstrukcji jak małżeństwo prowadzi na dłuższym dystansie do wielu kolizji. Bo o ile wspólna jest jak najbardziej chęć bycia razem, to cała reszta jest historią o różnicach.

Odkrywanie funkcji rozwojowych, jakie mogą wzajemnie wnosić w rozwój relacji różnice, mogłoby być fascynującą przygodą, gdyby nie owo nastawienie na „podobieństwo jako wyraz OK-izmu”. Różnice między kobietą a mężczyzną, traktowane nie jako uzupełniające bogactwo tylko antagonizm, mogą przerazić. I mnie przeraziły. Więc się przed nimi broniłam, starając się wykazywać, ile tylko sił w mózgu miałam, na ile mój sposób myślenia / funkcjonowania / planowania / rozwiązywania jest warty tego, aby był obopólnie jedynie słuszny. Spotkało się to z równoległą wzajemnością, do której druga strona związku ma pełne prawo. Ale jego akceptacja godzi z kolei w poczucie „jedności”.

No ale do brzegu, bo jakiś traktat mi wychodzi o Marsjanach i Wenusjankach, a trza wylądować na ziemi, bo tu jest miejsce akcji.

Małżeństwo praktycznie

W Biblii jest mowa o tym „abyśmy byli jedno”. I to nie jakieś obrzeża Biblii, sam Jezus modlił się o to. I sam Bóg nalega, aby mąż z żoną też podobnie: byli jedno. Po kilku latach doświadczeń z różnych chrześcijańskich zgromadzeń zauważyłam w jaki sposób ludzie próbują realizować to zacne zalecenie. I często dzieje się to właśnie przez ujednolicanie myślenia i poglądów, zasad postępowania, reagowania, modlenia się nawet. Ale popełniając wystarczającą ilość błędów na obu polach (małżeńskim i wspólnotowym) i wczytując się lepiej w Biblię odkryłam coś zupełnie prostego i w swej prostocie genialnego.

Uwaga, teraz będzie ważne: jedność to bliskość a nie jednakowość.

To naprawdę wiele może zmienić. I zmieniło. W moim związku i w innych relacjach. Proces trwa i jest jak nowa droga. Sam Jezus mówił, że jest drogą (i prawdą i życiem), a nie punktem. Dlatego fajnie jak Bóg burzy pewne schematy myślowe, bo wtedy się nie stoi. Się idzie. Się biegnie nawet. Czasem człowiek padnie, jak np. za mocno rozpędzony wejdzie w zakręt. Ale bez kontynuowania trasy nie da się zbliżyć do celu, nawet z najlepszym zestawem poglądów.

Życie zaczyna się w wannie

Niedawno całkiem byłam na takim domowym chrzcie. W wannie. To znaczy chrzest był w Jezusa, a w wannie była woda, a w wodzie osoba zdecydowana na nowe życie. W trakcie jak się kobieta zanurzała, zdałam sobie sprawę, że oprócz radości z jej nawrócenia jestem też… zaskoczona.

Zdarza mi się to kolejny raz. Zazwyczaj jak spotykam chrześcijan-biznesmenów lub ogólnie pojętych „ludzi sukcesu”: pięknych i bogatych, czyli spełnionych zawodowo i prywatnie. Bo jakoś mi się kojarzy, że za Jezusem to idzie raczej typ rozbitków życiowych, co to ubodzy ciałem i duchem, z jednym okiem, drugim uchem… Ale przecież za prawdziwym Jezusem szli nie tylko chorzy albo rodziny chorych. Nie tylko opętani albo znajomi opętanych. Ani też nie sami głodni czy spragnieni czy nieprzyodziani. I nie tylko rybacy! Szli też za nim bogaci poborcy podatkowi. I inni, jego późniejsi sponsorzy. I wielu uczonych też się douczyło i za nim chodziło.

A mimo to jakiś durny szablon w głowie siedzi, że prędzej bezdomny zechce posłuchać ewangelii niż bankowiec w godności ministra.

I podobnie było na tym chrzcie ostatnim: świszczało mi w głowie, że Bóg nie ma względu na osobę, wiem przecież. A tu nagle spotykam gościa w pełni sił życiowych, który sobie życie cacy zorganizował, ma co chce, nawet czerwone wino spod Monte Cassino. I taki ktoś też chce Boga. I fajnie! I nie ma co się dziwić. To jest w końcu najprawdziwsze „być albo nie być”, ha!

Normalnie cuda

Podoba mi się ostatnio to, że Bóg, na ile tylko może lubi działać nie naruszając naturalnych praw rządzących światem. Oczywiście, one i tak wynikają z konkretnego cudu, jakim jest stworzenie tej całej planety. Ale nachalnie Bóg z „wszechmogącością” swą się nie obnosi, jeżeli nie ma potrzeby. Za to szacun, bo ja bym się powstrzymać nie mogła, jakbym tyle mogła. Nadzwyczajne interwencje zdrowotne bywają, ale przeważnie korzystamy z ustawień fabrycznych auto-naprawczego systemu naszego ciała. Zamiast generować objawienia o randze inwazji kosmicznej, Bóg woli jak ludzie między sobą donoszą sobie wzajemnie o Jego istnieniu zwykłym rozmawianiem. Biblia też przypomina zwyczajny element rzeczywistości – książka to książka.

Za czasów Jezusa też szła za Nim i przed Nim fama, że się dzieje i ludzie przyprowadzali innych do Niego (no w takich wypadkach to lecę z wielkiej litery nawet trzy razy w jednym zdaniu). Podziwiam oczywiście spektakularne potopy, rozstępujące się morza, gadające osły, połykające ryby, napalm sodomski i wskrzeszenia bez efektu zombie. Ale świetne są te codzienne cuda: jak się komuś życie zmienia, jak się ludzie przestają bać, chorobliwie martwić, zazdrościć, zyskują poczucie własnej wartości, celowości życia, otwierają się na innych, zaczynają kochać. To jest naprawdę wow.

Jednym z moich hobby, które wyzwala dużo kreatywności, daje radość, satysfakcję, uczy cierpliwości i przekraczania różnych swoich ograniczeń jest stawanie się coraz lepszą żoną.

Cud pyzy

Jak czytałam kolejny raz Biblię pod kątem fragmentów, które by mnie w tym wszystkim wspierały, to za każdym razem widziałam tam coś nowego i innego. Priorytetowy wydawał się zawsze szacunek – taki prawdziwy, okazywany, a nie słowny. Potem pracowitość. Gadulstwo na poziomie maksymalnie 23 procent. Czułość. A tu nagle raz, na normalnych zakupach w Biedronce (albo w Lidlu), kiedy wybierałam najlepsze składniki do przyszłej ogórkowej, Bóg mi powiada:

– Pyzy weź. Z mięsem.
– Że co?
– Pyzy kup. Te z mięsem.

Se myślę, że dziwna propozycja. Ale OK, kupiłam. Starsza córka lubi pyzy – tak se myślę – a ja będę miała w zamrażarce obiad na dzień bez czasu na gotowanie. No spoko.

Wchodzę ja do domu, wypakowuję spożywcze dobra i widzę w tej chwili rozpromieniony uśmiech mojego małżonka. I z głębi tego uśmiechu pada w moją stronę:

– A ja taką miałam ochotę dziś na pyzy! Ale nie dzwoniłem, bo chciałaś tą ogórkową robić. Jak się domyśliłaś?!

I tak to bardzo fajnie wyszło. I wiem, że z Bogiem mogę wyjść na niezłą żonę.

1 komentarz

  • „Uwaga, teraz będzie ważne: jedność to bliskość a nie jednakowość.”
    Mam bardzo podobne przemyślenia, po 4 latach małżeństwa. Jeśli jesteś blisko siebie w związku, mówisz o swoich problemach, oczekiwaniach i naprawdę rozmawiacie i słuchacie siebie nawzajem oraz wykazujecie pewną empatię i zrozumienie w stosunku do drugiej osoby, a zarazem nie chcecie na siłę jej zmieniać (dopuszczacie możliwość kompromisu) i zawsze pamiętacie o miłości do drugiej osoby, to to jest bardzo budujące i silne. I to może zaowocować w długotrwały związek z prawdziwą miłością pomimo różnic.

    „A mimo to jakiś durny szablon w głowie siedzi, że prędzej bezdomny zechce posłuchać ewangelii niż bankowiec w godności ministra.”
    To jest akurat prawda Karolino w mojej opinii. I obserwuje to w życiu, że „bardziej poszkodowani” lgną do Boga. Z drugiej strony należy zawsze pamiętać, że poszkodowanym może być też właśnie bankowiec, itp.”. Tyle, że bogactwo i dobrobyt często mają bardzo destruktywny wpływ na ludzi z czego bardzo wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy – jak mocno się oddalają od Boga.

    „Ale świetne są te codzienne cuda: jak się komuś życie zmienia, jak się ludzie przestają bać, chorobliwie martwić, zazdrościć, zyskują poczucie własnej wartości, celowości życia, otwierają się na innych, zaczynają kochać. To jest naprawdę wow.”
    Dokładnie! Doceniajcie ludzie takie małe cuda w życiu, bo te są najważniejsze tak naprawdę!

    „Jednym z moich hobby, które wyzwala dużo kreatywności, daje radość, satysfakcję, uczy cierpliwości i przekraczania różnych swoich ograniczeń jest stawanie się coraz lepszą żoną.”
    Mi też daje satysfakcje stawanie się coraz lepszym mężem i w ogóle coraz lepszym człowiekiem – takie samodoskonalenie się :-).

    „Priorytetowy wydawał się zawsze szacunek – taki prawdziwy, okazywany, a nie słowny. Potem pracowitość.”
    To jest bardzo ważne, żeby szanować siebie nawzajem. I pracować nad sobą oraz pracować, dla dobra innych ludzi, czy po prostu ich zadowolenia.

    Bardzo dobry wpis Karolino! Pozdrawiam! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *