Sypialnia

U mnie działa

Pytanie o istnienie Boga zwykle rozpoczyna filozoficzne rozważania albo porównywanie logicznych argumentów. Jest też inna możliwość: opowiedzieć o swoich przygodach.

To jest oczywiście argument poniżej pasa. Bo co można odpowiedzieć na argument „u mnie działa”?

– A u mnie nie – odpowiada ateista i tak się kończy rozmowa. Bo nie sposób dyskutować z faktami. O ile to są fakty.

Fakty

Nawet jeżeli mowa jest o faktach („tu się zdarzyło coś niezwykłego„), a nie tylko indywidualnych odczuciach i punktach widzenia („nic się nie stało, ale poczułem, że Bóg mnie dotknął„), to te fakty nie są dowodem. Zmieniają tylko poziom prawdopodobieństwa, wpływają na kalkulację przy podejmowaniu decyzji. Lub dodają paliwa do tego, co Biblia nazywa wiarą a ja nazywam podejmowaniem ryzyka.

Dlatego rzadko naśladowcy Jezusa opowiadają o sobie i swoim życiu. Może nie mają o czym? A może uważają, że to zbyt prywatna sprawa? A może to tylko pretekst, może nieświadomie boją się, że wyszłoby na jaw, że ich całe życie z Bogiem ma miejsce tylko w wyobraźni. Że to nie wydarzenia i fakty, ale czucie „bożej obecności” i sztucznie podtrzymywane nastawienie psychiczne, że to spodziewanie się Boga za każdym krzakiem, tak jak gdyby wszechmocny Pan świata ręcznie popychał każdy listek na wietrze?

Co by to nie było, nie ma się czego bać. W konfrontacji ze sceptykami, najlepiej będzie widać na ile mocne mamy korzenie w rzeczywistości. Jeżeli historie z naszego życia z Bogiem generują tylko pobłażliwy uśmiech to trzeba by sprawdzić czy może żyjemy zamknięci w swoim własnym, nierealnym świecie. Ale jeżeli sceptyk mówi „coś w tym jest”, to dobry znak. I dla niego i dla nas.

Przetestujcie moją historię.

Moja historia

Jakiś rok temu postanowiliśmy z Dominiką wyprowadzić się do Meksyku. Po co? Dlaczego? A bo tam ciepło. I tanio.

Fakt, trochę słaby ten powód. Taki jakiś… niepełny. Ale choćbym nie wiem jak bardzo próbował być szczery, ja nie wiem jaki jest prawdziwy powód. Coś mnie tam po prostu zaczęło pchać na daleki zachód, tam gdzie dużo słońca i tam gdzie ludzie mówią po hiszpańsku.

Zwalmy to na Boga.

Ale że mieszanka strachu i rozsądku, skutecznie tłumi zew nadprzyrodzonej motywacji, wylądowaliśmy ostatecznie w połowie drogi: w południowej Hiszpanii.

Jest teraz październik 2018 i jesteśmy tu mniej niż dwa miesiące. Pamiętam dobrze – i też opisałem to na tym blogu – jak kompletnie nieporadny i zagubiony czułem się po przylocie na lotnisko w Maladze. Kiedy nie potrafiłem zrozumieć ani słowa z tego, co do mnie mówią, kiedy najprostsze problemy, jak wyjechanie z lotniska, urosły nagle do rangi przeżyć wojennych, uderzyło mnie jak fatalnie niski jest nasz współczynnik możliwości do szans na powodzenie. Dalsze przygody są daleko poza moją kontrolą.

Taki był początek.

Mieszkaliśmy tydzień w mieście Malaga, żeby się rozejrzeć i załatwić najpotrzebniejsze rzeczy, a potem pojechaliśmy – dziwne podobieństwo do początku ewangelii Mateusza – na pustkowie.

40 dni

W dolinie pomiędzy górami Andaluzji, trzy kilometry od miasteczka Zafarraya, jest miejsce w lesie, które kupili sobie Alan i Lynn. Zbudowali tam kilka domków i nazywali je Narnia. Wśród tych domków jest małe, zielone igloo, w którym jest tylko jeden okrągły pokój. Chodzą wielkie pająki, muchy siadają na wszystkim i wędrują pielgrzymki mrówek, ale można tam żyć, spać, gotować, myć się. Jest nawet szczątkowy internet.

I tam mieszkaliśmy przez równo 40 dni.

Te 40 dni nie wzięły się z żadnego planu. Nie jestem do tego stopnia nawiedzony, żeby upierać się za wszelką cenę przy symbolicznych liczbach, a potem wmawiać wszystkich, że był w tym Bóg. Zresztą jak mielibyśmy to zaplanować, my, dzieci we mgle?

Plan nam się ukształtował sam, pod wpływem okoliczności, którym poddawaliśmy się dość beztrosko, ufając, że kieruje nimi Bóg. Nic nas nie łączy z Dominiką bardziej niż fakt, że mamy to samo beztroskie zaufanie. Nie we współczesne teorie naukowe, nie w model życia z reklam i piosenek, nie w nauki mamy z tatą, nie w moc pieniędzy, nie w tradycje kościoła, ale nasza wiara i zaufanie opiera się o realność interwencji Boga.

Jak na tym wychodzimy? Niech oceniają ci, którzy się z nami bliżej zetknęli. Inni niech oceniają po faktach.

Po 40 dniach

Nasze 40 dni na pustkowiu w małym zielonym domku się skończyły.

Dziś już rozmawiamy z ludźmi i rozumiemy co do nas mówią. I znamy sporo ludzi. Dominika uczy angielskiego. Co tydzień się zgłaszają mamy, żeby uczyła ich dzieci. I chcą jej zapłacić więcej, niż chciała – uzgodniły między sobą wyższą cenę. Lokalna szkoła chce ją zatrudnić legalnie i oficjalnie. Dla tych, którym się ciśnie pytanie czy Dominika skończyła anglistykę, od razu mówię, że nawet nie zaczęła.

Mieszkamy teraz w domu, za który płacimy mniej więcej tyle, ile płaciłem za dwa pokoje na Woli w Warszawie.

Nalewam coś do czegoś
W naszym domu jest pełno dziwnych ozdób.

Ale tutaj mamy dwa piętra, trzy sypialnie, salon, dodatkowy pokój gościnny i patio. Do tej pory nie wiedziałem nawet co to jest patio. Widok z okna na góry przypomina widok z Zakopanego, ale tu jest cieplej i jesteśmy o 300 metrów wyżej. A do tego jeszcze co rano przywożą nam świeży chleb z piekarni i wieszają na klamce. Za 70 centów. Marzyłem o tym przez dwa lata mieszkając w Lublinie.

Podobne domki są w Anglii. Ale koszt wynajęcia takiego domu w Bristolu, gdzie mieszkałem, jest 3 razy wyższy.

Nigdy nie mieszkałem w tak wypasionym domu. Jestem lekko przerażony, bo wychowany w gierkowskich blokach i po 40 dniach w jednej izdebce, mam teraz lekką agorafobię oraz odziedziczone po katolickim wychowaniu przeświadczenie, że nie zasłużyłem, nie zasługuję i nie będę zasługiwać. I że powinienem natychmiast wyjść, przeprosić i znaleźć sobie najgorsze miejsce jakie tylko znajdę. No niestety, nie tym razem. Gorszego nie ma. Jest tylko lepsze.

Łoże
Tutaj śpimy. Na wielkim łożu.

Cud?

Czy to się kwalifikuje na cud? Pewnie nie.

Ale kiedy do miejscowości, która liczy 2200 mieszkańców, przyjeżdżają dwie osoby, które nic nie wiedzą, nikogo nie znają, nie rozumieją po hiszpańsku, a po miesiącu znają pół wioski, i mają klientów, pracę, przyjaciół i największy dom jaki w życiu mieli na który ich stać bez żadnego problemu, to ja mówię, że coś w tym jest.

Wejście na górę
Wejście na pięterko jest rzeźbione i udekorowane hiszpańskimi obrazami.

Powiesz: czy to aż takie dziwne? Czy to wymaga cudów? Czy trzeba do tego mieszać od razu Boga? Nie, nie trzeba.

Ale faktem jest, że nie jest to zwykły ciąg wydarzeń. Bo widzimy przecież życie ludzi wokół siebie. Żeby żyć w takich warunkach, w takim domu, z takimi widokami, z taką pracą nieraz muszą się zapracować na śmierć. Nam to spadło z nieba.

Pracownik z Maroka, który jest tu pięć lat, śpi w 5 osób jednej sypialni. Dlaczego tak jest? Czy to nie fair? Jakieś powody muszą być i na pewno są skomplikowane. Ale skupmy się na faktach, zanim zaczniemy wyciągać wnioski.

Dużo, bardzo dużo kieliszków
Co to w ogóle jest? I co my z tym wszystkim mamy zrobić?

Po latach pobytu tutaj, ci którzy przyjechali z daleka tak jak my, znają mniej osób niż my po miesiącu. I ciągle nie mówią po hiszpańsku. Zresztą jeszcze 4 miesiące temu mieszkaliśmy zwyczajnie w Lublinie, bez planu i bez pomysłu na to, co będzie dalej. Czy w Lublinie to jest normalnie, że każdy mieszka w takiej willi jak my tutaj? Czy jeżeli sobie zaplanujesz, że po 4 miesiącach będziesz mieszkać w willi z 7 pokojami i widokiem na góry, to bez problemu to ci się uda? Żeby tego dokonać ludzie często pracują i po 10 godzin dziennie, i ryzykują daleko więcej niż my, i trwa to długie lata. I to jakim kosztem! Bo czy normą czy wyjątkiem w dzisiejszych czasach jest to, że małżeństwa rozpadają się jak domki z kart pod wpływem o wiele mniejszych rewolucji życiowych?

A może to my?

Ja mówię: polegaliśmy na Bogu i przyszła nagroda. Bóg pokazał co potrafi.

Ale ty powiesz: to tylko wasza zasługa i niepotrzebnie szukacie tu jakiegoś Boga.

Kuchnia
Kawałeczek niezwykle wypasionej kuchni.

Ale weź pod uwagę jeszcze kilka faktów. Na przykład ten, że większość tych wszystkich spraw załatwiała Dominika. Ja się zająłem inną pracą. I dobrze, bo teraz nikt nie może powiedzieć, że to kwestia mojego doświadczenia, wiedzy, obycia czy szybkości uczenia się. Więc może to Dominika jest takim fachowcem od załatwiania spraw niemożliwych?

Musi być.

Zważywszy, że nie ma jeszcze 25 lat. Nie skończyła studiów. Nie prowadziła nigdy firmy. Nie jest biegła w sztuce marketingu i nie umie dobrze wyceniać rzeczy. Dużo się mądrych książek też nie naczytała. Głupich zresztą też nie, bo w dawniejszych czasach wolała trenować raczej tańce dyskotekowe. A angielski? Ćwiczy ze mną od dwóch lat. I uczy się uczyć, ucząc innych. Też mój wpływ i zaganianie biednej dziewczyny do próbowania nowych rzeczy.

Owszem, to pewnie fantastyczna reklama mnie jako nauczyciela, ale nawet biorąc pod uwagę to, ile potrafiłem nauczyć dziewczynę z dyskoteki w ciągu dwóch lat, to dalej nie widzę szans wyjaśnić naszej cudownej sytuacji samymi tylko naszymi zdolnościami i odpowiednią postawą życiową.

A gdyby nawet, to weź pod uwagę, że i te zdolności i ta postawa skądś się przecież wzięły. I może właśnie odpowiedź na pytanie „skąd” jest w tym najważniejsza.

Co to jest cud?

Bo dla mnie cudem nie jest to, że komuś noga odrośnie. To nie cud, to sztuczka magiczna.

Cudem jest to, że samotna matka wychowuje dzieci na otwartych, silnych i mądrych ludzi. Cudem jest to, że nastolatek zamiast grać całymi dniami w gry i gapić się w YouTube, rozwija swoją pasję. Że babcia z wioski nauczy się obsługi komputera i zostanie grafikiem, a dziadek nauczy się nowego języka i poleci mieszkać 8000 kilometrów od domu, w którym się urodził.

Te cuda nie dzieją się nagle, w wyniku rzucenia zaklęcia, pomachania różdżką i nałożenia rąk. Są wynikiem zbiegów okoliczności, które są poza naszą kontrolą – ale same te zbiegi nie wystarczą. Bo każdą okazję można wykorzystać albo zmarnować, a to zależy od tego kim człowiek jest i czym się kieruje.

Owce idą środkiem drogi
Scena jak z Biblii, nie? Tylko samochód nie pasuje.

My opieramy swoje życie na przekonaniu o realności Boga, który nam sprzyja. Stąd się bierze nasze wykorzystywanie okazji, mimo, że czujemy strach i poczucie zagrożenia jak wszyscy. Że okazje przychodzą, że jest ich tak dużo i tak trafne – to jest autentycznie niezwykłe i poza naszą kontrolą. Ale o wiele większe znaczenie ma fakt, jak bardzo my jesteśmy inni pod wpływem Jezusa z Biblii, i Jezusa z rzeczywistości.

Bo to jest prawdziwy, rzetelny, i ważny cud: człowiek, który się zmienia na lepsze.

Początkiem tej drogi jest podjęcie ryzyka.

A nagrodą jest… w naszym przypadku, aktualnie, niemożliwie wypasiony hiszpański dom w Zafarraya.

15 komentarzy

  • Często jest tak że ludzie modlą się o cud, ale nie maja odpowiedniej postawy do przyjęcia tego ”cudu” bądź zbiegu okoliczności, obrazowo można to wyrazić tak że nie dasz prowadzić auta wyścigowego komuś kto uczy się jeździć na Fiacie Punto, podobnie rzecz ma się z nami, wszystko ma swój czas i do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć aby móc przyjąć coś od Boga.

  • To o samotnej matce to prawie cytat z „Bruce Almighty” – mój ulubiony z resztą.
    Inny (z innego filmu), który mi się skojarzył po komentarzu Vaso: „dwaj rolnicy modlili się o deszcz, ale tylko jeden z nich obsiał pole”.
    Jedni dostają możliwości, a inni nie. Jedni wykorzystują to, co dostają, inni nie. Często trudno rozróżnić czy dostaje się możliwość, czy pułapkę. Ja gdybym 5 lat temu zainwestował w Bitcoiny 2000 zł zamiast 100, dzisiaj miałbym z tego 30 tysięcy, albo i więcej. Ale nie zainwestowałem, bo szkoda mi było ryzykować tak dużo.
    Za to zaryzykowałem w innej sprawie, która aktualnie rozwija się bardzo dobrze. Strach nadal jest. Obawa, że się nie uda i zmarnuję czas. Albo że nie dam rady sprostać wyzwaniom. Ale coś mnie pcha do przodu i mam jakąś dziwną pewność, że to dobry kierunek.
    Patrząc na życie i ludzi wygląda na to, że każdy dostaje szanse i wyzwania takie, na jakie jest gotowy. Niektórzy idą i wygrywają, niektórzy przegrywają, ale każdy ma szansę. Ja wam zazdroszczę takiego obrotu sprawy, ale jednocześnie nie widzę siebie na takiej drodze. To nie dla mnie po prostu. Być może jeszcze nie. Ja mam swoje szanse i wyzwania, które są specjalnie dla mnie. To mnie przekonuje jak mało co, że Bóg istnieje.

    • Fajny komentarz. Aczkolwiek nie mylmy inwestycji z hazardem – ja tam nie żałuję, że nie grałem w BitCoin. Co prawda i tak „zarobiłem” na tym całkiem nieźle, ale niesmak pozostał. Pieniądze jako zapłata, albo jak odwdzięczenie się to rozumiem. Ale jako wygrana… no takie średnie uczucie. Darmowe demoralizuje.

      Co do gotowości, dobrze powiedziane.

      Ale zadałbym tu pytanie: czym jest ta gotowość? Czy to kwestia zrozumienia czegoś? Czy wiedzy, czy może decyzji. Czy zwyczajny akt odwagi, który można podjąć w dowolnym momencie?

      Zastanawiam się czy może z tym być jak z człowiekiem, który siedzi przed drzwiami i czeka aż będzie gotowy żeby chwycić za klamkę. Czy gotowość w takim wypadku to tylko zrozumienie faktu, że gotowy był zawsze? To byłby wtedy taki paradoks, że jedyne co przeszkadza człowiekowi być gotowym, to samo przekonanie, że nie jest gotowym. A gotowy będzie wtedy, kiedy przestanie mieć to przekonanie.

      Nie skomplikowałem sprawy za bardzo?

  • Wiara jako podejmowanie ryzyka to świetna definicja. A bez tego nie można się Bogu podobać, jak to w liście do Hebrajczyków napisali. I jeszcze „ktokolwiek do Niego przychodzi, musi ufać, że On istnieje i nagradza tych, którzy Go szukają.”
    To może być odpowiedź dla tych, co chcą najpierw dostać jakiś dowód, żeby potem mogli uwierzyć. A najwidoczniej to w drugą stronę tylko działa.

    U mnie też dopiero po podjęciu kilku ważnych decyzji w życiu, zrezygnowaniu z czegoś oraz zrobieniu faktycznych kroków w danym kierunku doświadczam Jego opieki i prowadzenia. Chociaż obawy są i nie zawsze okoliczności, które przychodzą mi się podobają, potem okazuje się, że to jest dla mnie dobre i zaczynam się w tym odnajdywać. Nagle robię rzeczy, o których bym nie pomyślał, że mogę dać sobie w tym radę. Najpierw jakieś mniejsze, a jak już się z nimi oswoję to przychodzą większe wyzwania. Normalnie jak w jakiejś grze.

    Dzięki Martin i Dominika za wasze wpisy. Są dla mnie inspiracją i zachętą do podejmowania tego ryzyka.

    PS. Można od was dostać pocztówkę? 🙂

    • Hehe. Pocztówki to tutaj nie taka prosta sprawa. Bo tu nie ma w całym mieście pocztówek. A sama poczta otwarta jest godzinę dziennie o dziewiątej rano.

      Mamy tu tylko parę pocztówek z Granady, ale one są dla patronów Odwykowych.

      Ale jakbyśmy mieli więcej, to ci wyślemy jedną, czemu nie. Napisz mi adres mailem.

  • Hej, czytam was od kilku dni, w zasadzie wierze w Boga, ale nie wierze w to że potrafi pomagać człowiekowi.
    Mówię to z własnego doświadczenia, człowieka który od 10 lat zmaga się z tymi samymi problemami, mimo wielu przeczytanych książek na ten temat, rozmów z rożnymi ludźmi, modlitwom i wręcz błaganiom do Boga o interwencje w moim życiu, niestety ku mojemu zdziwieniu nie ma żadnych zmian, w związku z tym dosyć sceptycznie podchodzę do wszelakich uzdrowień, bo czy ja jestem gorszy od kogoś? chyba nie.

    W każdym bądź razie powoli odrzucam to w co wierzyłem przez lata, albo inaczej, w to co mi wpajali, teraz dokładnie widzę ile warta była ta indoktrynacja i ”bóg” kiedy przyszło naprawdę zmagać się z poważnymi problemami 🙂

    Nie piszę tego w postaci żalu, ale bardziej w formie zastanowienia się, dlaczego u mnie nie działa…? albo o co chodzi w moim życiu, bo w chwili obecnej powoli staje się to dla mnie już śmieszne 🙂

    Nie przypominam sobie sytuacji w której zdarzył się jakiś ”pozytywny” przypadek, albo zastanawiam się po cholerę były różne wydarzenia sprzed lat, które z perspektywy czasu było bez sensu, a tylko przeczołgały mnie jak szmatę (wybaczcie wyrażenie) 🙂

    Więc doszedłem do wniosku że w moim przypadku ktoś tam w niebie po prostu ma mnie gdzieś, nie mam innego wytłumaczenia co do tego, oczywiście szanuję inny punkt widzenia, ale u mnie się tego po prostu wyjaśnić nie da, nie potrafię zrozumieć tak przerażającego milczenia ze strony Boga, braku działania…

    Proszę uszanować mój post jako opozycjonisty, ale nie chcę już słyszeć haseł że Bóg mnie kocha, chcę dla mnie najlepiej, i tak dalej, wielu ludzi mi tak mówiło, ale nie przekonało, co świadczy że w ich przypadku sami w to nie wierzyli, tylko powtarzali utarte frazesy, bo w moim przypadku życie dokładnie zweryfikowało ile warte były gusła i zabobony w które wierzyłem, bo jak na dzisiaj nie potrafię znaleźć swojego miejsca, bo albo z tym wszystkim jest coś nie halo, albo ze mną jest coś nie tak 🙂

    Chciałbym o poradę, jak wy to widzicie?

    Z serdecznymi pozdrowieniami dla całej ekipy
    Patryk

    • No trudno się dziwić, że Bóg-frazes nie działa.
      Ja się przede wszystkim dziwię, kiedy mi ktoś mówi, że ten Bóg-cię-kocha działa. Nazwijmy go BCK w skrócie.

      Pamiętam jak byłem zdziwiony tym, kiedy odkryłem dawno dawno temu, że ludzie, których brałem za naśladowców Jezusa, w rzeczywistości wierzą w BCK. Łatwo to było poznać, kiedy się raz przestało patrzeć na pozory a zamiast tego patrzyło na fakty: bo ich życie nie miało na celu naśladowanie Jezusa, tylko konsumowanie prezentów od niego. Wystarczyło sprawdzić co kto faktycznie robi. W większości przypadków odpowiedź jest: nic.

      Bo chodzenie do kościoła, modlitwy i czytanie Biblii nie kwalifikuje się jako robienie czegokolwiek. Bo jaki komu z tego pożytek.

      Czas pokazał, że zrobiłem na samym początku najlepsze co mogłem zrobić: odrzuciłem kompletnie koncepcje wierzenia w cokolwiek co mówią ludzie na temat Boga. Postanowiłem akceptować wyłącznie informacje z Biblii.

      Dzięki temu od razu zauważyłem coś co w ewangeliach jest przeraźliwie jasne i czytelne: naśladowanie Jezusa polega na tym, żeby robić to co Jezus, mówić jak Jezus i myśleć jak Jezus.

      Powszechnie rozumie się chrześcijaństwo tak jak wszystko inne: jako formę konsumpcji. Tymczasem jest odwrotnie: to forma działania.

      Nie mogłem więc przetestować na sobie jak Bóg postępuje z ludźmi, którzy rozumieją bycie chrześcijaninem jako coś innego niż własne działanie. Bo u mnie nie było akurat tego.

      Może powinienem od tego zacząć: że te moje interakcje z Bogiem, są nie celem, ale efektem ubocznym tego, że aktywnie szukam jak tu być lepszym człowiekiem, takim jak on mnie chce mieć.

      I bez interakcji z Bogiem robiłbym to samo. Bo tak sobie po prostu zdecydowałem. A czy Bóg postanowi kontaktować się ze mną mniej albo więcej, jest już jego decyzją.

      Nie wiem czy to coś pomoże, ale całkiem możliwe, że ta cisza od Boga ma swoje źródło w tym, co myśmy naprawdę zdecydowali. I czego my naprawdę szukamy.

      Czy tego, żeby BCK mnie kochał? Czy może akceptacji grupy? Albo może tego, żeby mnie mistrz Jezus wziął na czeladnika i zagonił do jakiejś roboty?

      Albo może jeszcze co innego?

      • Otworzyłeś mi oczy Martinie, zrozumiałem że chodzi właśnie o te ”prezenty” a po co? aby zrekompensować sobie braki i podobać się otoczeniu…Kiedy nie ma prezentu, i nie dostałem tego czego chciałem co w domyśle znaczy Boga na posyłki, to się wkur….ałem i bluźniłem…
        Dzięki!

        Ale mam też inne pytanie, jak widzisz sprawy seksu? nie mam aktualnie partnerki a to co wyniosłem z KK to wszystko złe myślenie, mam na myśli seks jest zły, porono jest złe( w to wierze), masturbacja zła, to jak w końcu poskromić swój popęd? bo każdy mój stosunek seksualny to były wyrzuty sumienia, a tak być chyba nie powinno…

        • Ooo, za długi temat na pisanie w komentarzu. Ale o tym dużo gadałem w Odwyku.

          Poszukaj na http://www.odwyk.com, tam na pewno coś przydatnego znajdziesz.

          Albo wpadnij dziś (albo w dowolny czwartek) na stronę o ósmej wieczorem, jest wtedy audycja na żywo i można sobie dłużej pogadać.

  • Przed kilkoma laty czytałem Twój felieton na temat Twojego wyobrażenia żony idealnej. Mówisz i masz! W pakiecie dostałeś jeszcze dom. Chwała Panu!

    • Hehe, a faktycznie.
      Co prawda po 20 latach czy coś, ale tym fajniej.
      Dostawanie od razu i za darmo demoralizuje, ale kiedy się czeka i pracuje i uczy, to potem prezent ma swoją wagę! Ciężki jak złoto!

  • Jak tak poczytać wpisy i komentarze tutaj i na odwyku to można odnieść wrażenie, że każdy stara się coś przez tą swoją wiarę w Boga załatwić dla siebie. Tak jakbyście szukali jakiejś magicznej receptury – trzeba uwierzyć w to i to, robić tak i tak to wtedy papa Bóg będzie zadowolony i włos nam z głowy nie spadnie. To na pewno przyjemne uczucie kiedy się wierzy, że w razie czego jak już się nie ma pomysłu co dalej z tym życiem to zawsze można zamknąć oczy i puścić kierownicę a Stwórca już tylko czeka, przejmuje stery i ratuje nas z opresji. Na prawdę do tego wam jest potrzebna wiara? Żeby was wyleczyła z choroby, załatwiła pracę, mieszkanie i kochankę? A jak chwilowo nie chce załatwić to wtedy nazywa się to lekcją – a po cichu myśli się „Spoko, to tylko taka próba a zaraz Pan mnie ozłoci niczym Hioba”. A czemu miałby to robić? Dlaczego dla tak wielu ludzi, życie to jedno pasmo udręki, czemu tak wielu zginęło/zmarło zanim miało okazję cokolwiek na tej ziemi przeżyć? Np. miliony dzieciaków, które poginęły na frontach I i II wojny – jestem pewien, że wielu leżąc w okopach modliło się żarliwiej od was – i co? nie pomogło? Może nie dość „szli za Jezusem”? Jest coś niesamowicie tandetnego w tym stawianiu siebie w centrum i liczeniu na to, że Bóg nagnie czasoprzestrzeń zdarzeń tak żeby nam zrobić dobrze.

    • Wydaje mi się, że to jest tak jak dziecko umówi się z ojcem, że za każdą piątkę w szkole dostanie zabawkę. Dziecko się stara uczy i zbiera dobre oceny więc ma więcej zabawej czyli jest w centrum zainteresowania rodzica. Teraz jeżeli ojciec umówił się w ten sposób z 3 innych dzieci to one też są w centrum i tak siebie postrzegają. Sam Jezus powiedział parafrazując oczywiście, że jeżeli będziecie mnie naśladować to proście o cokolwiek i zostanie wam to dane. Bóg jak ten ojciec z przykładu powyżej potrafi umówić się tak nie z 3 dzieci, a z milionami i każde dziecko będzie w centrum jego zainteresowania.

      Mówisz o pierwszej i drugiej wojnie światowej, ale możemy mówić też o potopie, niewoli babilonskiej, epidemii dżumy czy rzezi dokonanej przez Turków na Ormianach. No i warto się zastanowić dlaczego się dzieją. Według mnie w większości odpowiedź jest prosta bo ludzie mają Boga i Jego zasady w nosie.

      Kto i gdzie ci powiedział, że od Boga dostaniesz samo dobro? Może cię spotkać masa rzeczy złych, ale one zawsze są po coś.

    • No to jest prawda, i to też żadne chrześcijaństwo.
      Jezus nie myślał o sobie, tylko o tym jak tu pomóc w życiu innym. I jak ktoś chce być jego naśladowcą, to w tym przede wszystkim powinien go naśladować. Zresztą po to jest ten Odwyk między innymi, żeby na to co mówisz zwrócić uwagę. Bóg to nie Święty Mikołaj.

      No, ale że tutaj KAŻDY ma taką postawę? To ja nie wiem skąd takie wrażenie. Ja mam wrażenie, że są tacy, i na pewno dużo, bo trudno żeby nie było w czasach kiedy konsumpcja jest bogiem. Ale tutaj to chyba akurat mniejszość.

      Ale z drugiej strony to nie wiem. Może prawda jest taka, że to większość a tylko ja chcę widzieć w ludziach to co najlepsze i nie zauważam.

      Dla wszystkich ilustracja do posłuchania na dziś:
      https://www.youtube.com/watch?v=PgHUl9QAeY0

  • Ja myślę że religia jest ogólnie dla słabych jednostek, w kupie raźniej, można przecież nie brać odpowiedzialności za życie tylko czekać az Bóg pomoże 🙂

    Mnie natomiast fascynuje pewne podejście do Boga przez katolików, modlą się o 20 rzeczy, jedna się spełni, to na pewno Bóg, ale zapominają że 19 się nie spełniło 😛 na to też mają wytłumaczenie, że Bóg tak chciał, moim zdaniem w tym wszystkim chodzi o to że nie mogą przyznać się przed sobą że nie lubią brać odpowiedzialności za siebie, zawsze można zwalić wine na kogoś, to takie infantylne podejście, no ale przecież jakiś ksiądz tak z ambony powiedział, to pewnie tak jest 🙂
    Ale przecież Bóg dał im wolną wolę, ręce, rozum i tak dalej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *