Trans-Jezus co ma biust

Jak sobie radzić z nawiedzonym?

Od piętnastu lat prowadzę w internecie program, w którym mówię o Biblii i Bogu po ludzku. Program nazywa się „Odwyk” i działa ludziom na nerwy.

Co jakiś czas zgłaszają się do mnie życzliwi, którzy usiłują dobrotliwie acz bezwzględnie przekonywać, namawiać i żądać, żebym swojej działalności zaprzestał. Niemal w 100% przypadków są to bywalcy kościołów. Więcej niż bywalcy – czciciele!

Ale co ja będę opisywał. Dam wam przykład. Wiadomość z przedwczoraj, którą cytuję tu w całości:

Dzień dobry,

Panie Martinie pisze w dość smutnej sprawie, a mianowicie nakładam na pana zakaz nagrywania swojego programu Odwyk.

Swoimi treściami obraża pan nauczanie Kościoła oraz wiarę Jezusa. Oczywiście mowa tu o Kościele Rzymskim dla jasności. Nie powiem, niektóre pana filmiki faktycznie były ciekawe, zabawne i na pewno się pan stara. Ale panie Martinie, nie w tym kierunku! Proszę, aby przemyślal pan co robi. Jak pan kiedyś przeczyta katechizm Kościoła to zrozumie że nasz kościół jest jedynym biblijnym kościołem. Zresztą mogę w tym pomóc jestem po teologii.

A i swoją drogą żeby głosić trzeba mieć pozwolenie i stosowne wykształcenie, okres buntu powinien się panu skończyć

No i nie wiem: śmiać się czy płakać? Ja się śmieję. Jezus by płakał. Być może. Tu się możemy z Jezusem różnić.

Ale może się właśnie nie różnimy? Jezus nieustannie krytykował nadętych, aroganckich przedstawicieli władzy religijnej, więc może by jednak nie płakał. Mówił do nich tak:

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że zamykacie Królestwo Niebios przed ludźmi, albowiem sami nie wchodzicie ani nie pozwalacie wejść tym, którzy wchodzą.

Nie brzmi to jak śmiech ani jak płacz, raczej jak sprzeciw, krytyka i ostrzeżenie. Jezus, krótko mówiąc, z nawiedzonymi się nie certolił.

W końcu nie bez powodu go zneutralizowali.

Oczywiście mnie autor wiadomości nie zneutralizuje, bo mu się daty pomyliły. Mamy rok 2021 a nie 1521. Odpisałem mu więc w odpowiedzi, że w ramach rewanżu, ja też nakładam na niego zakaz. Zakaz wypisywania do mnie głupkowatych podań z absurdalnymi żądaniami. Jak było do przewidzenia nie posłuchał, więc zakaz wyegzekwowałem. Skutecznie.

Tak że wyszło na to, że mam większą realną władzę niż współcześni inkwizytorzy Kościoła Katolickiego.

Ponure konsekwencje

Jeżeli kogoś w takich sprawach interesuje w ogóle co na to wszystko Bóg, to spróbujmy zgadnąć.

Ja jestem pewny, że wyżej cytowany Obrońca Kościoła spodziewa się solidnych piorunów z nieba spadających na moją głowę. Oczywiście o ile w ogóle wierzy w realność Boga. Myślę, że on nie pomyśli o tym nawet. Dla kościelnego fanatyka celem samym w sobie jest jego kościół. Bóg stanowi de facto tylko sługę tego Majestatu Kościoła, i istnieje po to, żeby wykonywać automatycznie polecenia Księży, Pastorów, Rabinów, Faryzeuszy i Uczonych w Piśmie.

Śmieszność sprawy polega na tym, że takim inkwizytorom nie przyjdzie nawet do głowy, że ktoś może nie czuć najmniejszego lęku przed czarami kościoła. Groźba, że Odwieczny Święty Kościół rzuci na ciebie klątwy, teoretycznie powinna wywołać pierwotny, zabobonny lęk. No a tu pech, bo u mnie wywołuje to tylko poluzowanie zwieraczy z powodu napadu śmiechu.

Istotne jest to, co mi może zrobić Bóg. Ten realny, istniejący Bóg, ten który ma realną władzę nad wirusami, wypadkami samochodowymi i wygranymi na loterii. O, takiemu Bogu podpaść to ja bym podpaść nie chciał!

co na to Bóg

Wychodzi jednak na to, że Boga sprawa nie rusza. Bo ja ten Odwyk prowadzę od 15 lat. To najdłużej działający polskojęzyczny podcast w calutkim interencie. I jak to w życiu przygód jest wiele. Ale żadnych kar za podważanie jedynozbawczości kościoła w moim życiu nie widać.

Za to występują ewidentnie błogosławieństwa, i to we wszystkich sferach życia: zdrowie, finanse, praca, przyjaźń, sprawy sercowe. Wszystko kwitnie, morze szczęśliwości rzadko spotykane i efekty powyżej średniej krajowej. A do tego nawet odrobina sławy jeszcze.

No i gdzie ten piorun z nieba za otwarte lekceważenie wszechwładzy „jedynego biblijnego kościoła”? Gdzie upomnienia za bezczelne „głoszenie bez pozwolenia i stosownego wykształcenia”?

Ja to widzę inaczej. Ja myślę, że gdyby Bóg miał niezbędne organy, posikałby się ze śmiechu. Bo co prawda Faryzeuszom Jezus się ostro sprzeciwiał, ale to było co innego: bo nakazy i zakazy religijnych władców Izraela miały poważne konsekwencje, a jakie konsekwencje ma wypisywanie maili z „zakazami prowadzenia programu”? Z tego można się już tylko śmiać.

Bo o ile fanatyk z realną władzą jest groźny, to fanatyk bez władzy jest już tylko żałosny.

jak dzieci

Może więc traktować nawiedzonych jak dzieci?

Bo to przecież są dzieci: boją się czarów i zaklęć, wody święconej, czarodziejskich opłatków z uwięzioną w nich bozią, magicznych przeistoczeń, przeżegnują się i odmawiają ojczenasze. Mi anatema i ekskomunika wisi jak kalafior, ale dzieci, które się w to bawią, czują zupełnie realny strach. Teologiczne studia i czarne sukienki z białym paskiem pod szyją imponują mi tyle co puszczenie bąka. I podobne wywołują doznania sensoryczne, ale ci, którzy wierzą w Czarodziejski Świat Kościoła Katolickiego są autentycznie pod wrażeniem.

Czy wiara w irracjonalne, magiczne obrzędy, stroje i zaklęcia nie jest postawą typową dla dzieci?

Ale co z takim dzieckiem zrobić, kiedy ma już ze 40 lat?

Ponoć dawniej twierdzono, że można dziecku kijem wybić bajki z głowy. Ale gdyby to nawet była prawda, to dla faceta po teologii kijaszek byłby tylko potwierdzeniem autentyczności jego absurdalnego świata. Nawiedzony magister uznałby po prostu, że jest prześladowany za wiarę, i zabetonował się w swoim światku do reszty.

Dla mnie jest zupełnie jasne, że prawdziwym celem teatru religijnego jest utrzymywanie władzy nad ludźmi poprzez strach i poczucie winy. Ale dla nawiedzonych teatrzyk jest zupełnie realny.

Dlatego szczerze mówiąc, jak ktoś głęboko w to wlazł, to ja nie widzę sposobu, żeby go wyciągnąć. Zresztą czemu mam to robić? Nie mam do tego żadnego prawa. Każdy może wierzyć w co mu się podoba.

Niech więc sobie wierzy w kącie i nie zawraca ludziom głowy.

Sęk w tym, że taki delikwent czuje wielką potrzebę, żeby jednak głowę zawracać.

Uczniowie

Kiedy tak chichotałem nad „zakazem głoszenia z powodu buntu i braku stosownego pozwolenia„, to nagle przyszła mi do głowy myśl, która mnie zmroziła: a co jeżeli ten typ ma żonę i dzieci?

Szansa na to jest co prawda mizerna. Zdrowa na umyśle kobieta nie jest w stanie zbyt długo żyć z kimś tak nawiedzonym. Atrakcyjność takiej postawy jest poniżej zera. Ale jeżeli w przypływie miłosnego szaleństwa zacznie z nim żyć, to jak to się może skończyć? Czy ulegnie i stanie się cieniem przy swoim mężu, niczym jakiś Nazgul przy Władcy Pierścieni? Czy w końcu nie wytrzyma tego wariactwa i odejdzie. Czy są inne opcje?

Żeby związek był trwały, żona nawiedzonego musi być również nawiedzona. Takie jest Pierwsze Prawo Nawiedzenia – nawiedzeni mogą się trzymać tylko z nawiedzonymi. A jak powszechnie wiadomo, znacznie trudniej o ekstremalne postawy u kobiet niż u mężczyzn, więc większość takich przypadków żyje samotnie i słusznie.

Ale co z dziećmi? Toż to masakra! Wychowywane przez inkwizytora, bombardującego ich dzień i noc „jedynie biblijnym kościołem”, nie dający prawa do własnych poglądów, przekonujący nakazami i zakazami, wymuszający bezwzględne podporządkowanie przez strach, uległość i poczucie winy? Nie jest to piękna wizja.

I nawet jeżeli jegomość nie ma dzieci, to mogą być jacyś inni, na których ma wpływ, których kształtuje na swój wzór i podobieństwo. Bo jego potrzeba nawracania jest wielka. Co wtedy?

Co radzi Jezus?

O takich ludziach mówił Jezus:

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morza i lądy, aby pozyskać jednego współwyznawcę, a gdy się nim stanie, czynicie go synem piekła dwa razy takim jak wy sami.

Jak widać Jezus nie przepadał za Faryzeuszami żarliwie produkującymi kolejnych Faryzeuszy.

Ale z drugiej strony nie uganiał się za nimi, żeby im wytykać błędy albo im przemawiać do rozumu. W zasadzie nie zajmował się nimi w ogóle. Nie ma żadnego przypadku, żeby Jezus próbował fanatycznie religijnego człowieka zamienić w życiowego realistę. A tym bardziej, żeby mu się to udało. Ostatecznie to Faryzeusze łazili za Jezusem żeby się do niego przypieprzać, a nie on za nimi żeby ich nawracać.

W tym widzę wskazówkę jak sobie radzić z nawiedzonymi.

Po pierwsze, co byś nie robił nie ulegnij sam ich trującym wpływom. Pamiętaj, że oni nie szukają twojego dobra – ich interesuje wyłącznie ideologia. Służą kapłanom tej ideologii i chcą żebyś ty też służył ideologii. Dlaczego? A bo ja wiem? Widocznie ich to kręci.

Po drugie, nie płacz nad nimi. Jezus nie płakał.

Po trzecie, nie miej złudzeń, że ich zmienisz. Jezus nawet nie próbował. No chyba, że chcesz być bardziej Jezusem niż Jezus. To powodzenia.

Jak wyleczyć nawiedzonego?

Czy jest to możliwe, żeby człowiek machający ludziom przed oczami Katechizmem Kościoła Katolickiego przestał machać? Żeby wypisujący absurdalne do kwadratu twierdzenia, że to „najbardziej biblijny kościół”, wziął się za trzeźwiejsze myślenie? Czy to możliwe, żeby ktoś taki stwierdził, że jednak każdy ma swoją drogę z Bogiem i że ma do niej prawo, że wiara jest osobista i indywidualna, a nie instytucjonalna i zbiorowa? Że inni mogą myśleć inaczej wcale nie dlatego, że są młodzi, głupi i czegoś-tam nie czytali? Czy możliwe jest, że ów człowiek uzna, że Bóg to w zasadzie ma serdecznie w dupie wszystkie nakazy i zakazy hierarchii Kościoła?

Teoretycznie jest. Ale nawet jeżeli kogoś takiego będziesz latami uczył i przekonywał, jeżeli potraktujesz go miłością i życzliwością, i z czasem wykażesz mu, że w realnym życiu Bóg tego nawiedzonego gadania niczym realnym nie potwierdza, to ile czasu i wysiłku ci na to zejdzie? Czy nie lepiej spożytkować tą energię na kogo innego?

Bo zadajmy sobie pytanie: dlaczego taki nawiedzony w ogóle do mnie napisał?

Czy przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że mnie przekona „zakazem”?  Czego się tak realnie spodziewał? Przecież nawet dość głupi człowiek powinien wiedzieć, że w najlepszym wypadku mnie rozśmieszy. Więc o rozsądek chodzić tu nie może.

Tak naprawdę to autor pewnie sam nie wie, dlaczego pisze do publicznej osoby, zamiast zostawić swoje opinie dla siebie. Ale jakaś potrzeba go pcha. I musi to być wielka potrzeba, skoro nie hamuje go nawet myśl, że przy okazji ośmieszy się straszliwie.

Czy jest to potrzeba zwrócenia na siebie uwagi?

Byś może. Jeżeli tak, to wystarczyłoby odpowiedzieć na żądania przyjaźnią, akceptacją i miłością. I taki człowiek zmięknie i się rozklei. I znam faktycznie ludzi co tak zrobili, i efekt był taki jak mówię. Uważają to za sukces.

Ale ja pytam: a co dalej?

Moje doświadczenie podpowiada, że rozmiękczony nawiedzony niczego nie rozwiązuje. Bo delikwent zmienia się szybko w pasożyta emocjonalnego. Zapomina o nawracaniu świata i zamiast tego przykleja się do ciebie jak kleszcz i jego rozdmuchane, nadęte ego zaczyna wysysać z ciebie przyjaźń, akceptację i miłość. Pije i pije, płacze i cierpi, zwierza się i roztkliwia nad sobą, i na początku myślisz, że mu pomagasz.

Ale z czasem zaczynasz sobie zdawać sobie sprawę, że to się nigdy nie skończy. Bo im więcej go pocieszasz, tym bardziej jest smutny. Im więcej go przytulasz, tym bardziej samotny. Im więcej go słuchasz, tym dłużej znowu gada. I czas leci, ale nic się nie zmienia, nic się nie leczy, nic się nie naprawia.

I nagle jesteś w pułapce. Jeżeli teraz porzucisz rozmiękczonego nawiedzonego, to wiesz, że odbierze to jako bolesną zdradę. I tak szybko jak zmiękł, tak szybko znowu stwardnieje i stanie się dwa razy gorszym fanatykiem niż poprzednio. Bo tylko w swoim wariactwie może znaleźć sposób na zaspokojenie swojego nadmuchanego „ja”.

Może oczywiście być zupełnie inaczej.

Pewne jest tylko to, że nawiedzony to sprawa trudna i pełna pułapek.

Co robić, jak żyć?

Na koniec skrócony poradnik co zrobić jeżeli ostro nawiedzony znajduje się w twoim otoczeniu. Krótko i po ludzku.

Jeżeli nawiedzony jest twoim:

  • tatą – wyprowadź się z domu
  • mężem – odejdź od niego póki masz jeszcze siłę
  • synem – przestań mu dawać pieniądze i zacznij z nim rozmawiać
  • chłopakiem – uciekaj z krzykiem
  • wspólnikiem – sprzedaj udziały i wyjdź ze spółki
  • nauczycielem – zmień szkołę
  • mechanikiem – skonsultuj się z lekarzem, prawdopodobnie masz halucynacje
  • lekarzem – nie konsultuj się, na pewno masz halucynacje

 

 

3 komentarze

  • „Panie Martinie pisze w dość smutnej sprawie, a mianowicie nakładam na pana zakaz nagrywania swojego programu Odwyk.”
    Hehehe, jak rozumiem jeśli nie posłuchasz to klątwę na ciebie nałoży, albo pojedzie do UK i ci wpierdoli… Ja nie mogę, ci wariaci/fanatycy wciąż mnie zadziwiają i rozwalają, a myślałem że widziałem już wszystko jesli chodzi o fanatyzm…

    „Zresztą mogę w tym pomóc jestem po teologii.”
    Tym zdaniem, ten człowiek sprawił, że już mi się odechciało z nim gadać…

    „A i swoją drogą żeby głosić trzeba mieć pozwolenie i stosowne wykształcenie, okres buntu powinien się panu skończyć”
    Pozwolenie? Od kogo?! Od papieża?! Boga?! Jezusa?! Jak rozumiem na papierze i podbite pieczątką :-).

    „Odpisałem mu więc w odpowiedzi, że w ramach rewanżu, ja też nakładam na niego zakaz. Zakaz wypisywania do mnie głupkowatych podań z absurdalnymi żądaniami. Jak było do przewidzenia nie posłuchał, więc zakaz wyegzekwowałem. Skutecznie.”
    Jak rozumiem użyłeś magicznej mocy facebooka do zablokowania tego człowieka… Klękajcie narody przed potęgą facebooka, bo tam ekskomunikę może nałożyć każdy!

    „Bo ja ten Odwyk prowadzę od 15 lat.”
    No właśnie od 15 lat! Jeśli tak grzeszysz to czemu jeszcze żyjesz… Pewnie ten gość by powiedział, że Bóg ci daje kolejne szanse Martinie… 😀

    „Czy wiara w irracjonalne, magiczne obrzędy, stroje i zaklęcia nie jest postawą typową dla dzieci?”
    Jest.

    „Sęk w tym, że taki delikwent czuje wielką potrzebę, żeby jednak głowę zawracać.”
    Dokładnie, nie dość że sobie pewnie niszczy życie, wkurza Boga, to jeszcze się do ciebie przyczepia. Masakra…

    „Czy są inne opcje?”
    Może go jeszcze zamordować, samej się powiesić, albo stać się kolejnym fanatykiem.

    „Ale co z dziećmi? Toż to masakra! Wychowywane przez inkwizytora, bombardującego ich dzień i noc „jedynie biblijnym kościołem”, nie dający prawa do własnych poglądów, przekonujący nakazami i zakazami, wymuszający bezwzględne podporządkowanie przez strach, uległość i poczucie winy? Nie jest to piękna wizja.”
    Dokładnie, to jest masakra, a dzieci mają przesrane do kwadratu. Tak, więc mam nadzieję, że żona od takiego człowieka szybko odejdzie i zabierze dzieci ze sobą. Gorzej jak nie… No, ale może nie ma żony i dzieci.

    „Czy nie lepiej spożytkować tą energię na kogo innego?”
    Dokładnie.

    Bardzo mądry wpis i trafne uwagi. Ogólnie nie można pozwolić sobie „wejść na głowę” i pozwolić, żeby fanatyk rządził twoim życiem. Zazwyczaj lepiej się trzymać z daleka od takich ludzi.

  • Mi natomiast przeszkadza ciągłe stawianie mężczyzn jako winnych.

    Nawet tutaj to zrobiłeś:

    tatą – wyprowadź się z domu
    mężem – odejdź od niego póki masz jeszcze siłę
    synem – przestań mu dawać pieniądze i zacznij z nim rozmawiać
    chłopakiem – uciekaj z krzykiem
    wspólnikiem – sprzedaj udziały i wyjdź ze spółki
    nauczycielem – zmień szkołę
    mechanikiem – skonsultuj się z lekarzem, prawdopodobnie masz halucynacje
    lekarzem – nie konsultuj się, na pewno masz halucynacje

    O żonie nawiedzonej nie wspomniałeś. Wszystko w rodzaju męskim

    W ogóle cały Wasz kościół jest skrajnie biało-rycerski- jeżeli już używamy nowomowy.

    Widzicie wady w postawach mężczyzn jednocześnie gloryfikujecie kobiety na każdym kroku.

    To tyle ode mnie. Z resztą się zgadzam.

    • Chętnie mogę wspomnieć o żonie nawiedzonej, ale szkoda mi ludziom czas zajmować na czytanie tekstów niepotrzebnie rozwlekanych przez polityczną poprawność. Za chwilę ktoś powie, że nie wspomniałem o Indianach, Eskimosach lub Murzynach. Nie mam ochoty karmić kolejnych obsesji.

      Piszę w rodzaju męskim z prostego powodu: bo jestem rodzajem męskim. Z tej perspektywy piszę jaką mam. Ale to nie ma znaczenia, bo można sobie łatwo zamienić perspektywę na rodzaj żeński. Albo nijaki. Niczego to nie zmienia.

      Nie wiem kto to jesteśmy „my”, bo ja to pisałem sam. Do żadnego kościoła nie należę i do żadnego nie chodzę, więc może ten komentarz był do kogo innego? Tego już nie wiem. Może ktoś inny się zgłosi, kto poczuł, że jest częścią jakiegoś „my” i to było adresowane do niego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.