Photo by Chris Gilbert on Unsplash

Szczęśliwego Nowego Roku!

Rozgrzewka

„Kumpel mi przypomniał z rana,
Że dziś mają Rosz Ha-Szana!”

Początek

Jak się o tym dowiedziałam, to pomyślałam: „Extra! Chwytliwy początek mam gotowy”. Co jest bardzo zachęcające do pisania, bo jak się potencjalny czytelnik zastanawia: „o co jej chodzi?” i ciekawość zakiełkuje, to szansa jest, że zerknie.

A ja po sklepach z prasą chodzę, ja internety czytam, billboardy obserwuję i ja widzę, jaką moc mają nagłówki. Teraz trzeba ludzi brać na kontrowersje. Albo chociaż same awersje. Coś, co „ruszy”, mówiąc najprościej. A mówiąc kwieciściej: co zrobi chwilową wyrwę w statyce percepcji i pozwoli złapać namierzoną uwagę na swoje lasso, ha! Na co liczę z całym poważaniem.

Nowy rok

Pasuje mi ten nowy rok z kalendarza hebrajskiego, bo się zbiega z początkiem września. A od ponad 30 lat jest to dla mnie, i nie tylko dla mnie zresztą, jakiś nowy start. Pewnie dlatego, że poprzedzony końcem. Wakacji. I tym razem mam sporo ekscytacji oraz wyzwań, bo zaczynam kilka spraw od zera. Chociaż, jak się okazuje, to zero ma kilka miejsc po przecinku i wcześniejsze doświadczenia były jak kurs przygotowawczy.

No chociażby ten blog. Wcześniej nie wkręcałam się w takie akcje, bo ja lubię pisać wierszyki najbardziej, ewentualnie bawić się słowami w komentarzach, czy żonglować pojęciami w e-mailach. Ale postanowiłam władować się na staż próbny i się dzielić efektami tej próby.

Po ludzku

Hasło „po ludzku” w kontekście tego wszystkiego (bo na każdym rogu leci głównie „po bożemu”) nabiera dla mnie coraz większego znaczenia. Syn Boży – Syn Człowieczy – Jezus: był ludzki po bożemu, czy boski po ludzku? Dla wielu to profanum, a żeby mówić o Bogu to trzeba per sacrum. Bo Biblia to Pismo Święte i Słowo Boże, bo tak piszą w Torze. Szacunek, powaga, mir. Dystans, dysonans, dysleksja.

W Internecie są całe plantacje takiego podejścia, a jak czytam Biblię, to Bóg wcale nie stara się być tysiąc lat megaświetlnych od człowieka. Sam go ulepił, na swoje podobieństwo zresztą, i sam mu zbudował ziemię na domostwo. Od początku się z nim kontaktuje i dba. Nawet po ekstradycji z raju, mimo niewyobrażalnej różnicy w poziomie świętości, dalej nagina, co się da, pod człowieka. Pozwala się licytować ze sobą, daje popełniać błędy i pomaga z nich wyjść.

Czytaliście pewnie te Mojżesze, Eliasze, Ozeasze, Ojcze Nasze: wybierał prostych chłopaków na swoich rycerzy, nadawał godność ladacznicom, prześladowców zamieniał w apostołów. Pokazał nawet… no, o dupie to Martin opowiedział, polecam, bo to odświeża. No i najlepszy numer w katalogu, hit tysiącleci: biografia Jezusa.

Ok, nie wyczerpię teraz tematu, wyczerpcie se sami. Najlepiej z kumplami.

W grupie

Kampania innowacji wrześniowych dotyczy też składu personalnego naszej przyjacielskiej grupki spotkaniowej. Unikam jak kaszanki sformułowań „kościół domowy”, „wspólnota biblijna”, „coś tam chrześcijańskie”, bo mi jakoś nic nie podchodzi. Nasze lubelskie posiedzenia były zbyt naturalne, żeby je objąć mianem, które brzmi mi w uchu od razu jakoś sztywno. Dźwięczy krochmalem i odbija się drewnem. No tak mam, co poradzę. Może wy macie jakieś fajne nazwy? Chociaż jedną, która będzie pasować i określi złażenie się ludzi do jednego lokum, żeby pogadać o Bogu, życiu, coś razem przekąsić, wygadać się o problemach, pograć w coś, pośmiać i chcieć pobyć razem po prostu. I nie tylko w gronie nawróconych! Jakieś propozycje?

Szkoda, że towarzystwo się nam porozjeżdżało (trzy osoby w Hiszpanii, jedna w Niemczech) i mało zostało. Dobrze, że rok wcześniej to zapowiedzieli, to się psychicznie nastawiliśmy i dajemy radę. A rada jest taka: mało to nie za mało.

Więc zapraszamy nowicjuszy. Są już pierwsze tendencje wzrostowe i aspiracje rozsiewne. Zastanawiamy się nad formą i treścią, żeby z tej misji nie była dymisja. Chociaż ja z czasem coraz mniej się stresuję zmianami, które zaszły. No bo w końcu gdzie dwóch lub trzech, tam może nie w każdą planszówkę da się pograć, ale Jezus obiecał, że na czwartego się wbije. A to znacznie zwiększa możliwości.

Na marginesie

Na koniec najlepsze zostawiłam. Zaczęłam regularną pracę w więzieniu na oddziale kobiecym, ta-daam!

Podobno nikt tam się nie pcha, a osadzonych jest około 500, może nawet 500 plus. Czyli klasyk: „żniwo wielkie, robotników mało”.

Ze mnie rolnik jeszcze początkujący. Kosę mam małą i tępawą dość i nie bardzo odróżniam rodzaje zboża jeszcze. A najpierw to trzeba zaorać, bo rośnie tam wszystko naraz. A tam, gdzie nic nie rośnie, to trzeba próbować coś zasiać. I latać podlewać, bo wrony dziobią. Tak że mięśnie ćwiczę i nawozy zbieram, a traktorem to już jeździłam, jak miałam 10 lat. A jak miałam 9, to chodziłam do poprawczaka, grać na pianinie dla mieszkańców, bo mój dziadek był tam dyrektorem. Później już z nimi gadałam nawet. Jeszcze później, jak trafiali do paki, to korespondowaliśmy. A już zupełnie niedawno pracowałam z tzw. „trudną młodzieżą”. I tak doszło do tego, co jest teraz.

Niesamowite, jak Bóg wynajduje nam zlecenia, wykorzystując wcześniejsze sytuacje. Żaden coach by nie wymyślił, że ja mogę pracować na potencjale tych doświadczeń, skoordynować dorobek przeszłości, żeby służył dalej. Owszem, prosiłam Go o jakieś instrukcje, ale mnie totalnie zaskoczył jako zleceniodawca. Ale później, jak sobie to wszystko przypomniałam i przemyślałam, to już się nie dziwiłam. Raczej podziwiałam spryt, pomysłowość i kreatywność połączeń.

A poza tym u mnie po staremu i jaremu: lubię orzechy i gaz do dechy, hej!

3 komentarze

  • Fajnie piszesz Karolina👍Chyba nawet lepiej niż Martin hehe, a po za tym gratuluję pracy, na pewno nudno nie będzie hehe.

  • Mi też się podoba 🙂 Dużo nowości i pracy w tym roku.
    Akurat jestem zestresowana i pomyślałam, że chętnie przeszłabym się na spotkanie „bez stresu…”, takie wasze/nasze lublińskie spotkanie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *