Wiele jest rzeczy, które niszczą wiarę w Boga. Ale najbardziej destrukcyjny jest współczesny model życia: etat+mieszkanie+rodzina.
Są rzeczy bardziej dramatyczne, jak śmierć czy rak. Są bardziej widowiskowe jak wybuch elektrowni atomowej. Są globalne katastrofy, jak wojna albo holokaust. I to wszystko może sprawić, że człowiek powie „straciłem wiarę”. I opowie ciekawą, dramatyczną historię.
Ale tak zwane „zwykłe życie” niszczy wiarę bardziej skutecznie niż wszystkie dramaty. Niewyobrażalna skala i nieubłagana cierpliwość procesu zwykłego życia działa tak jak zwykła woda, która z czasem wyżłobi w skale Wielki Kanion Kolorado. I nikt tego procesu nie widzi. I nikt nic nie musi robić. Wystarczy czas.
„NORMALNOŚĆ” KUSI
Zdarza się czasem, że młody człowiek odkrywa, że Bóg jest żywy, kiedy zaryzykuje i zgłosi się na ochotnika do udziału w eksperymentalnym modelu życia. Modelu, który Biblia opisuje w skrócie „sprawiedliwy z wiary żyć będzie”.
Interwencje Boga, które naruszają rachunek prawdopodobieństwa, są niesamowicie fascynujące i rekompensują z nawiązką wszystkie trudności związane z byciem „nienormalnym”. Niestety jest to wymagane. Nie da się być „normalnym” i jednocześnie „z wiary żyć”. Albo jedno, albo drugie.
Dlatego nie ma się co dziwić, że taki człowiek daje się skusić perspektywie, żeby troszkę ułatwić sobie trudne życie i na przykład załatwić sobie żonę. No i dzieci, bo tradycja powiada: żona + Biblia = dzieci. A dalej to już leci samo: żona + dzieci = dom, dom + żona + dzieci = koszty, koszty + dom = kredyt, kredyt + koszty + dom + żona + dzieci = etat.
I całe nieszczęście polega na tym, że chrześcijańska żaba gotowana powoli „normalnym życiem” nie zorientuje się, kiedy stanie się chrześcijańską żabą teoretyczną. Wszystkie interwencje Boga wygotowane, wszystkie priorytety poprzestawiane i ani czasu, ani energii, ani pieniędzy na przygody.
I w ogóle po co? „Goonies never say die”, ale nie jesteśmy goonies, jesteśmy dorośli. A dorośli mają dorosłe sprawy.
I tak wyrasta się z Boga.
Dlatego mówię: nic tak nie niszczy wiary w Boga, jak „normalne” życie.
Gdyby ktoś szukał we wszechświecie spisków i paranoi, mógłby pewnie wyciągnąć wniosek, że model życia: dom+kredyt+praca+żona+samochód został zaprojektowany przez jakieś mroczne siły właśnie po to, żeby zniszczyć marzenia, wiarę i nadzieję.
Jak w filmie „Matrix”. Albo „They live”. Albo dziesięciu innych.
Może coś w tym jest, skoro tylu ludzi podejrzewa, że coś jest nie tak ze współczesnym światem, i tylu ludzi reaguje na to jak najbardziej logiczną – chociaż bezcelową – permanentną depresją.
Może to rzeczywiście wojna szatana z chrześcijanami o świat. Ale tak szczerze mówiąc: czy nas to w ogóle powinno obchodzić?
Bo gdybyś wiedział dokładnie, kto spiskuje i co knuje na wysokościach, to w niczym nie zmieni to faktu, że jutro rano musisz wstać do roboty i robić różne rzeczy – tylko dlatego, że ci płacą pieniądze, które potrzebujesz, żeby spłacać kredyt, a w sobotę jechać na urodziny teściowej, której nie znosisz, ale tak trzeba.
Ale nikt tak łatwo nie rezygnuje z Boga
Ten młody człowiek zyskał etat, karierę, kredyt i żonę, ale i przekonań nie stracił. Przeciwnie – jeszcze mu kilka przybyło. Na przykład przekonanie, że Jezus nie ma zastrzeżeń do „normalnego życia”, bo uważa to za oczywiste, że domy, dzieci, kariery i etaty muszą być i jest to tak niezbędne jak oddychanie. A przecież nikt by nie wymagał, żeby przestać oddychać.
Jest, co prawda, kilka niepokojących wypowiedzi Jezusa, które sugerują coś zupełnie przeciwnego. Ale jest i na to rozwiązanie: podzielić chrześcijan na zwyczajnych i na aktywistów. Aktywiści to misjonarze, pastorzy i inni tacy. Oni uprawiają chrześcijaństwo „etatowe”, czyli tak, jak to sobie Jezus wyobrażał. A cała reszta jest z tego zwolniona pod warunkiem, że spełni jeden obowiązek: prowadzić „normalne” życie i płacić od tego podatek.
Tym sposobem wszystkie problemy łączenia chrześcijaństwa ze współczesnym modelem życia zostały rozwiązane. Młody człowiek już nie musi „brać krzyża”, „żyć z wiary”, zostawiać domów, sprzedawać wszystkiego. Teraz ma obowiązek dużo zarabiać, żyć dla siebie, dbać o siebie i myśleć o sobie. Do siebie może dodać jeszcze ze dwie, trzy osoby, które nazywa „rodziną”. I tyle, tu się kończy zasięg obowiązkowej „miłości bliźniego”. Cała reszta jest opcjonalna.
I to wszystko dzięki jednemu wspaniałemu wynalazkowi: podatek od naciągania chrześcijaństwa (zwany też czasem „dziesięciną”), który zwalnia ze wszystkiego. I nawet ta irytująca interpretacja wielkiego przykazania „nie będziesz miał bogów poza mną” nie jest już problemem, bo przecież twój podatek idzie do tych kilku wybranych, którzy faktycznie nie mają innych bogów. I to też nie twoja wina, bo im Bóg „dał łaskę”, a tobie nie. Ich „powołał”, a ciebie nie.
I jest to podstawa intelektualna funkcjonowania praktycznie wszystkich współczesnych kościołów chrześcijańskich.
Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nagle chrześcijanie odkryli, że bycie uczniem Jezusa oznacza rezygnację ze wszystkiego innego, a nie kombinowanie, jak mieć wszystko na raz. Że podział na aktywnych, co służą i opodatkowanych, zwolnionych ze służby nie istnieje. I że interpretacja przykazania „nie będziesz miał innych bogów poza mną” nie robi żadnych wyjątków dla żony, dzieci, etatu ani domu.
Co by się stało? Nie wiem. Może jakaś katastrofa.
Z drugiej strony mogłoby się okazać, że Bóg jednak istnieje i odpowie na akt ryzyka i desperacji. Tak jak Jezus odpowiadał, kiedy rybak czy celnik czy prostytutka rzucali pracę, dom, plany i szli za nim, żyjąc z dnia na dzień, a nie z roku na rok.
Czy finansowo lepiej na tym wychodzili? Raczej nie. I ty pewnie też nie wyjdziesz. Ale nie da się zaprzeczyć, że za to mieli życie. Takie, w którym człowiek czuje, że żyje i wie, po co żyje. Życie, o którym warto opowiadać.
ŻYCIE Z WIARY
Tak naprawdę to nikt nie wie, co by się stało, gdybyś tak zwolnił się z pracy, zostawił mieszkanie, rzucił męża albo zmienił kraj. Żadne przewidywania nic tu nie dadzą. Zrobisz – będziesz wiedział. Nie zrobisz – nigdy się nie dowiesz.
Ja natomiast się dowiem, bo właśnie to robię. Już się dowiedziałem: w ostatni miesiąc przeżyłem więcej dramatów, przygód i zwrotów akcji niż przez trzy lata etatu. I nie że miałem jakąś wybitnie nudną, upierdliwą pracę. Przeciwnie, nawet ją lubiłem. A że jestem w niej dobry, to i dawała sporo satysfakcji. Tak samo dom: no fajnie mieszkać w dużym domu z ogródkiem i garażem.
Ale rzecz w tym, że miesiąc życia w modelu „życie z wiary” uruchamia interwencje Boga, bo są po prostu konieczne. Ryzykowanie w przekonaniu, że Bóg zainterweniuje, może się sprawdzić, może się nie sprawdzić. U mnie się sprawdza w bardzo typowy dla Boga, dramatyczny sposób: coś idzie wybitnie źle, perspektywy są ponure, żeby w ostatniej chwili nastąpiło spektakularne zwycięstwo.
Na nieuchronne przygnębienie w fazie „zaryzykowałem i patrz, co się stało” możesz odpowiedzieć na dwa sposoby: trzymać się mocniej wiary w interwencję Boga i jego dobre intencje albo uznać, że Boga w ogóle nie obchodzisz. Tylko kiedy wybierałem to pierwsze, przychodziło rozwiązanie – najczęściej w ostatniej chwili. Taki już Bóg jest: lubi dramatyzm.
Takie dramatyczne ciągi wydarzeń są rodzajem rozmowy z Bogiem. Ostatnio sobie myślę „to nie na moje nerwy”, ale tak szczerze mówiąc, przez ostatnie lata „modelu standardowego” na etacie strasznie za tym tęskniłem.
Ten rodzaj rozmowy z Bogiem jest dla mnie bardzo satysfakcjonujący.
Dlatego nie biorę udziału w debatach pod tytułem „czy Bóg istnieje”. Uczciwa debata wymaga szacunku dla poglądu przeciwnika, a z doświadczeniem mojego życia nie jestem w stanie traktować takiego pytania poważnie.
Wiem tyle na pewno, że ludzie się mylą: wyrastanie z Boga nie jest naturalnym procesem. Jest konsekwencją nienaturalnego modelu życia w warunkach skrajnej konsumpcji i religii materializmu, która zrobiła ze słowa „nauka” magiczne zaklęcie. Prawdziwym uniwersalnym kościołem stało się państwo z jego instytucjami i władza tego państwa jest absolutna.
Zastrzeżenia „mnie to nie dotyczy” przyjmuję wyłącznie od tych, którzy nie mają numeru PESEL, a deklaracje chrześcijańskiej niezależności od świata od tych, co nie używają środków płatniczych emitowanych przez Narodowy Bank Polski.
Panuje milczące założenie: „żyjmy normalnie, Bogu to nie przeszkadza”. Ale nijak się nie da pogodzić z tym, co mówi Biblia. Nie tylko się nie da pogodzić: jest rażąco sprzeczne. Zaangażowanie w „normalność” i szukanie swojego bezpiecznego kącika w ramach tego świata nie jest neutralne wobec wiary w Boga.
„Przyjaźń ze światem to nieprzyjaźń wobec Boga”, „nie można dwóm panom służyć”, „kto nie ma w nienawiści [tu idzie długa lista zupełnie normalnych rzeczy], nie może być moim uczniem” i tak dalej.
W praktyce nie da się tego zrobić. Materializm jest zbyt zaborczy, konsumpcja zbyt kusząca, strach przed konsekwencjami zbyt duży, a koszty komfortowego życia wysokie.
Nie ma się więc co dziwić, że konsekwencje są, jakie są. Dla zdezaktywowanych w ten sposób chrześcijan Bóg pozostaje piękną teorią, ale bez żadnego realnego kontaktu.
Bo ostatecznie, wbrew temu co mówią miłośnicy „Czterech Praw Duchowego Życia”, chrześcijaństwo nie jest tylko deklaracją wiary w system poglądów. Chrześcijaństwo istnieje jako sposób życia, słowa, czyny i postępowanie wobec innych ludzi i tylko te rzeczy będą ostatecznie się liczyć. Nie poglądy, nie przekonania, nie przynależność. Jezus podkreślał to bardzo mocno.
PAMIĘTAJ O JEDNYM
Mając to wszystko na uwadze, nie zapomnij tego, co najważniejsze. Bóg jest dobry. Bóg jest mądry. Bóg jest po naszej stronie. Więc na jakim byś nie był etapie życia aktualnie i w jakiej sytuacji, nie gryź się tym za dużo.
Bo każdy ma własną drogę życiową i nie każda musi być spektakularna. A Bóg też nie wymaga od nikogo nic więcej ponad to, co możliwe. Skąd to wiem? A z Biblii. Warto czytać uważnie.
Warto też wiedzieć, jak jest i na czym się stoi. Nie łudzić się, nie okłamywać, nie wmawiać sobie rzeczy nieprawdziwych. Nic dobrego z tego nie przyjdzie.
A najlepiej pomyśleć o tym, co praktyczne i w zasięgu możliwości.
Jeżeli szukasz „czegoś więcej” w życiu, to dobrze się składa, bo jest to i praktyczne i w zasięgu. Bo tak naprawdę nie ma żadnego „wyrastania” z życia, z marzeń czy z Boga.
Jak uczy przypowieść o synu marnotrawnym: nie ma takiej ciemnej dupy, z której nie da się wrócić do domu Ojca.

czyli w zasadzie chciałeś napisać że styl życia który aktualnie uprawiasz to najlepszy model życia, a wszyscy inni to „dzieci” szatana i tego systemu? bez urazy, ale tak to zrozumiałem. Tylko zapomniałeś dodać że każdy człowiek jest inny i nie każdy musi mieć spektakularne życie. Ja Boga wielokrotnie prosiłem o interwencję, bo miałem dość. Nic takiego się nie wydarzyło. Moze Bóg mnie nie lubi, może lubi Ciebie bardziej. Pogodziłem się z tym. A też chciałem niekonwencjonalnego życia. Niestety widocznie nie jest to planem Boga. I po latach wołania do Niego, robieniem rzeczy które były jakimś ryzykiem, przyniosły mi tylko ból i cierpienie. Nie chcę negować Twoich doswiadczen, bo nie mam do tego prawa. Ale zaakceptuj fakt że kazdy żyje tak jak może, umie, albo nie może inaczej. Pozdrawiam.
O urazie nie ma mowy.
No bo jak ktoś inaczej zrozumiał niż to autor napisał, to czemu autora miałoby to urazić? To przecież świadczy o czytającym a nie o piszącym.
Ale ocena jak co poszło, to może kwestia percepcji a nie faktów? Moje wybory życiowe też mi przyniosły ból i cierpienie. Ba, nawet Jezusowi przyniosły ból i cierpienie.
Ale rzadko występuje w przyrodzie, żeby coś przyniosło TYLKO ból i cierpienie. Jak ktoś tak mówi, to nasuwa się myśl, że może nie widzi kupy różnych rzeczy, bo się skupił na czymś konkretnym.
No ludzie tak mają, to jest częste zjawisko. U mnie to chyba właśnie wokół tego kręcą się problemy z komunikacją z Bogiem. Bo jak się raz skupię na czymś jednym (przeważnie negatywnym), to potem nie widzę nic dookoła, a już najmniej to z czym faktycznie Bóg chce dotrzeć do mnie.
Taka luźna myśl.
Najważniejszy tekst od… nie wiem nawet jak długiego czasu i zero komentarzy? Czy ktoś to jeszcze czyta, komu na czymkolwiek zależy? Czy w ogóle ludziom na czymkolwiek jeszcze zależy?
Ostatnio mam wrażenie, że nie. Mi też jakiś czas temu przestało, ale ja mam wymówkę (której na razie nie zdradzę). Na szczęście powoli mi wraca zależenie, więc coś skomentuję.
Sam się parę lat temu wciągnąłem w normalne życie i straciłem kontakt ze sprawami ponadnaturalnymi (kontaktu z Bogiem nie straciłem, bo to jest dość trudne mimo wszystko). Nigdy z resztą nie miałem wielkiego kontaktu. Nie potrafiłem mówić językami ani uzdrawiać. Potrafiłem tylko robić to, co było trzeba w danej sytuacji (i to też nie zawsze). Mało spektakularne, wiem.
Ale wystarczy już tego wstępu do w zasadzie prostego komentarza, który chcę tu zostawić. Otóż tekst ten sugeruje, że chrześcijańskie życie jest w sprzeczności z posiadaniem mieszkania i rodziny. A ja powiem, że równie dobrze można nie być chrześcijaninem mając przygody, jak być chrześcijaninem mieszkając w jednym miejscu. Różnica między chrześcijaninem i nie- polega na tym co się z tymi przygodami albo mieszkaniem robi, a nie czy się je ma.
„Różnica między chrześcijaninem i nie- polega na tym co się z tymi przygodami albo mieszkaniem robi, a nie czy się je ma.” Ładnie napisane i chyba słusznie. Popieram.
Ja czytam, ale moje komenatzre albo się nie publikują, albo ktoś ich nie publikuje. Uważam że ten tekst jest dobry, ale za bardzo czarno-biały. Ja nie miałem nigdy kontaktu z Bogiem, uwazam że mnie nie lubi. Ale mniejsza o to. Myślę że nie mozna traktować tego albo tak albo tak. Co by było gdyby teraz wszyscy rzucili swoje zajecia, zobowiązania i poszli za Jezusem? przecież byłby totalny krach
Dobre pytanie. Ja nie wiem, co by było. Spróbujmy, się dowiemy.
Ale myślę, że tragedii by nie było. Pójście za Jezusem oznacza przejście na jego sposobów myślenia, widzienia świata i postępowania, a nie totalne lenistwo.
Praktyka pokazuje, że ci którzy chodzą za Jezusem są znani raczej z pracowitości niż z lenistwa.
Dlatego myślę, że tragedii by nie było.
A jakby się przy okazji zawaliło kilka trujących gałęzi gospodarki, to najpierw trochę zaboli, ale potem wszystkim na zdrowie wyjdzie.
Bardzo ciekawy komentarz i aż mnie korci, żeby ci robić dziurę w brzuchu, co byś rozwinął bardziej.
Co np. można zrobić po chrześcijańsku z mieszkaniem?
No a co możesz zrobić? Gdzieś trzeba mieszkać, zimno jest w zimie.
No ja nie wołam o to, żeby zatracić do reszty poczucie realizmu, tylko żeby przy realnych wyborach trzymać się uczciwie swoich priorytetów.
No można poświęcić całą energię 30 lat na zdobycie wypasionego mieszkania w prestiżowym miejscu. Ale można też poświęcić 10 lat i mieszkać w mniejszym komforcie, ale przez pozostałe 20 lat skupić się na czymś, co zbliża ludzi do szczęścia.
Tak na oko mi się zdaje, że zostać muzykiem i grać wesołe polki będzie trochę milsze Jezusowi niż 20 lat sprzedawania ubezpieczeń w korporacji w imię tego, żeby mieć wypasione mieszkanie z samochodem w osiedlu ze szlabanem.
Maksymalizacja majątku i komfortu życia nie jest obowiązkowa.
Za to jest sprzeczna z nauką Jezusa, bo jak powiedział: nie można dwom panom służyć. Albo maksymalizacja własnego komfortu albo maksymalizacja miłości do innych, w końcu jedno zrobi się dominujące.
Wtedy właśnie można to sobie wytłumaczyć, że „z Boga się wyrasta” i uznać obrastanie w piórka i dbanie o atrakcyjność własnego tyłka za normę i obowiązek.
Ja tylko chcę powiedzieć, że nie, to nie jest ani norma ani obowiązek. A fakt, że Bóg z życia znika nie jest konsekwencją naturalnego biegu rzeczy, tylko konsekwencją osobistych decyzji.
Czyli mówisz, że dobrym planem byłoby nazbierać sobie pieniędzy na zaczęcie emerytury wcześniej i potem robić te wszystkie fajne rzeczy?
A skąd, nic podobnego nie mówię.
Ten plan co mówisz brzmi dobrze, ale nie widziałem, żeby w praktyce to działało.
Jak kogoś serce woła do tego czy tamtego, to musi po prostu zacząć to robić. Jak się to odłoży na „po emeryturze” to nic z tego nie będzie.
Jakbym zaczął pisać dopiero jak zarobię na mieszkanie, to bym nic z tego pisania nie wyszło, bo bym spędzał czas na zarabianiu a nie pisaniu. Po latach ani by mi się chciało ani bym się nie zdążył nauczyć. Ta pierwsza miłość do pisania już by dawno wyparowała. W momencie kiedy miałbym zacząć, byłbym zmęczony robieniem latami tego do czego nie czuję szczególnej miłości.
Człowiek nie robot, nie da się tak po prostu przełączyć.
Nie ma tu dobrej uniwersalnej rady. Trzeba jakimś cudem robić swoje, jak się da, kiedy się da, wyrywając strzępy czasu koniecznościom życiowym, płacąc nieraz za tą miłość wygodą, strachem, samotnością. Jak jakiś van Gogh czy inny Stallone.
Generalnie zawsze będzie trudniej iść za pasją i sercem, niż nie iść i rzadko się idzie prostą drogą.
Ale myślę, że słabym pomysłem jest odłożyć wszystko, póki się nie zarobi. Nie zrobiłem tak sam, więc ciężko mi powiedzieć, ale widziałem u innych.
Ale ostatnie moje trzy lata mocno musiałem ograniczyć fajne rzeczy, przez takie właśnie zarabianie na przyszłość, i naprawdę trudno idzie godzenie jednego z drugim. Zarabianie poszło dobrze, tworzenie bardzo ucierpiało. Jeszcze parę lat takiego życia i straciłbym siłę zupełnie, nie dałbym rady już wrócić.
Może inni sobie lepiej poradzą, nie wiem. Ale uważałbym z tą taktyką tak czy inaczej.
No tak, ale powiedziałeś, że można 10 lat się poświęcić na mniejszy komfort zamiast 30 lat na większy. Ale nadal, jak się zniżysz do tego minimalnego komfortu, to rozumiem po to, żeby po tych 10 latach móc rzucić robotę, żyć z oszczędności i robić swoje?
No i nawet jak to zrobisz, to w tym scenariuszu jednak trzeba te 10 lat popracować. Czyli przez 10 lat pracy i po kątach robienie swojego ile czasu starczy, a potem już emeryturka i na pełnej?
No wiesz, każdy sobie radzi jak może.
Czasem warto zrobić 3 kroki wstecz, żeby potem zrobić 20 do przodu. Gorzej, jak się okaże, że człowiek miał siły tylko na 5 kroków.
Co byś nie zrobił, wszystko będzie ryzykowne.
A czy mi się udało, zapytaj mnie za 5 lat. Będzie już wtedy widać.