Trafiłem jakoś przypadkiem na nagranie pod tytułem:
„Debata chrześcijanin vs. nihilista: Bóg Biblii – dobry czy zły?”
Debatował Karol Fjałkowski, który bronił tezy iż Bóg to kawał skurwysyna oraz Paweł Bartosik, który przedstawił się jako pastor, ale możliwe, że jest przebranym robotem.
Całość debaty podsumował ktoś w komentarzu mówiąc: „Czy społeczność osób wierzących naprawdę nie potrafi wystawić do debaty kogoś, kto nie kompromituje ich w każdej rozmowie z panem Karolem?”
Po tym komentarzu już wiadomo, jak ta debata wyglądała, bo wszystkie wyglądają tak samo. Z jednej strony jest człowiek, który zaczął mocno myśleć, dlatego odszedł z kościoła, a z drugiej ktoś, kto w tym kościele został z dokładnie przeciwnego powodu.
Wynik takiej konfrontacji może być tylko jeden. Tak jak to opisał inny komentarz: „pierwszy zaprezentował logiczne argumenty poparte konkretami, drugi przedstawił swoje własne poglądy”.
Nic w tym wszystkim dziwnego, bo z jakiegoś powodu zawsze dobiera się do takich debat ludzi według schematu: ktoś kto myśli kontra ktoś bezmyślny. Zupełnie jakby wierzenie w Boga przez myślących było niemożliwe.
I zdaje się, że takie dokładnie przekonanie mają teraz wszyscy, którzy widzieli takie pojedynki.
I zastanawiam się czy to „Fundacja Panteon” celowo chciała zilustrować, że jak ktoś wierzy w Jezusa to musi być kretyn, czy po prostu ta „społeczność wierzących” (czyli tak naprawdę liderzy kościołów) działa na tej samej zasadzie co oliwa albo polska szkoła: że na wierzch wypływa to, co lżejsze. W tym wypadku: umysłowo.
Bo może i wśród kościołów pastor Bartosik uchodzi za jakąś gwiazdę charyzmy i intelektu, ale bądźmy szczerzy: w polskich kościołach poprzeczka ustawiona jest tak nisko, że żaba by przeskoczyła. W zachodnich, żeby się cieszyć uznaniem, to przynajmniej trzeba umieć dobrze przemawiać – w Polsce nawet tego nie ma. Sporo jeździłem po polskich zborach swego czasu i poznałem wielu pastorów. Większość z nich zanudziłaby towarzysza Gomółkę ma śmierć. A ci, przy których by tylko ziewał, mają opinię Wybitnych Mówców.
Tylko że kiedy taki Mówca ma się zetknąć z prawdziwym dyskutantem, nie w kościele ale w realnym świecie, to każdy już wie, jak debata się skończy, zanim się jeszcze zacznie. Świat jest brutalny poza kościołami.
Mnie notorycznie nie biorą do takich debat.
Nie, że się do tego nie nadaję. Nadawać to się nadaję bardziej niż wszyscy pastorzy w tym kraju, bo fakt, że nie tylko prowadzę najdłuższy podcast o Bogu i Biblii, jaki w Polsce kiedykolwiek istniał, ale przede wszystkim: gadam do ludzi z brutalnego świata, a nie do ludzi z kościołów. Pastorzy mają lata doświadczenia w rozmowach o Biblii, tyle że rozmawiają głównie z ludźmi ze swoich kościołów. Ja rozmawiam głównie z ludźmi spoza kościołów.
Ale w ogóle nie o to chodzi.
„Społeczność osób wierzących” nigdy do debaty nie wystawiła Martina Lechowicza i nigdy nie wystawi. Bo może i się nie będzie kompromitował przy każdym słowie tak jak licencjonowany pastor po studiach teologicznych, ale problem w tym, że w mniemaniu „społeczności osób wierzących” Martin Lechowicz nie reprezentuje „społeczności osób wierzących”.
Bo kościoły za „społeczność osób wierzących” uznają wyłącznie ludzi należących do kościołów.
Gdyby więc taki wierzący pozakościelnie Martin Lechowicz pokazał w jakiejś głośnej debacie, że ma debatowe jaja, to wynik takiego starcia byłby dużo gorszy dla wszystkich niż ten, w którym pastor Bartosik pokaże, że ich nie ma.
Bo byłby to jednoznaczny sygnał, że prawdziwa społeczność osób wierzących, ta która jest warta uwagi osób myślących, znajduje się poza kościołami. A na to, żeby stracić monopol na Boga, to żadne instytucje religijne nie mogą sobie nigdy pozwolić.
Ani katolickie, ani protestanckie, ani muzułmańskie, ani żadne inne.
Bo w systemie politycznych duopolów, gdzie dwie partie walczą o głosy, nie jest takie ważne, która z nich jest pierwsza, a która druga. O wiele ważniejsze jest nie dopuścić, żeby jakieś inne partie weszły na to miejsce.
Dlatego będziemy zawsze skazani na debaty, w których nihilista, satanista i onanista zaorają publicznie pastora, księdza i zakonnicę. Nie łudźcie się, że będzie inaczej. Debaty to spektakle polityczne, a sprawny polityk musi takie rzeczy mieć pod kontrolą. Takie debaty są w interesie obu stron, bo nie ważne, kto wygra: ważne, kto z kim debatuje.
Więc nawet jeżeli wyższy rangą reprezentant kościoła ewangelicznego nie potrafi przekonać nikogo myślącego do tak prostej myśli, że Bóg jest dobry, to co z tego? Ważne że przeciwnikiem ateisty był pastor – reprezentant kościoła.
Zresztą to nie jest żadne odkrycie dla nikogo, że kościoły już dawno zrezygnowały z przyciągania do Boga osób myślących, twórczych, niezależnych i pewnych siebie.
I tylko ponuro mi się robi i cholera mnie bierze, kiedy takie komentarze pod debatami wpadną mi pod oczy. Bo jestem zmuszony przyznać, że mają rację – jednocześnie wiedząc, że ten kto wygrał wcale racji nie miał.
No taki świat i kij mu w nery. Przynajmniej tyle mogę zrobić, żeby złośliwie robić wszystkim na złość – i nie siedzieć cicho.
