Każdy z nas ma swoją drogę, która zaprowadziła go do „tu i teraz”. I pewnie poprowadzi dalej do „jutro i tam”. Podobnie jest z Bogiem. Bo każdy odnajduje go na własny, piękny i unikalny sposób. No a mi nie zostaje nic innego jak opowiedzieć jak to z tą droga było u mnie.
Duża część ludzi w Polsce zarzuca chrześcijanom biblijnym, że “nie wierzą w Maryję”. Albo nawet jej nienawidzą. Zawsze mnie to dziwiło, bo my tylko nie zgadzamy się z jednym: z wywyższaniem tej pokornej kobiety bardziej niż trzeba.
Hej!
Czy wy też tak czasem macie, że nachodzi was potrzeba robić dla Boga wielkie rzeczy? Pełnometrażowe misje i wielkoformatowe akcje? Na miarę biblijnych sensacji z Dziejów Apostolskich? Jak się człowiek tu i ówdzie wczyta, a potem w jutubach porozgląda i charyzmatyków nasłucha… to też by się coś chciało.
Pytanie o istnienie Boga zwykle rozpoczyna filozoficzne rozważania albo porównywanie logicznych argumentów. Jest też inna możliwość: opowiedzieć o swoich przygodach.
To jest oczywiście argument poniżej pasa. Bo co można odpowiedzieć na argument „u mnie działa”?
Modlę się często. Codziennie. I nie, nie chwalę się tym. Sama sobie uświadamiam za każdym razem, jak bardzo tego potrzebuję.
Atak
Pod koniec maja miałam nawrót padaczki, na którą choruję od 14 roku życia. Po sześciu latach, na skutek źle dobranych leków, pojawiła się znowu. Tym razem atak był tylko jeden. Wcześniej, dopóki nie otrzymałam medykamentów, były co miesiąc.
W ryzach Biblii tkwię głęboko,
więc OGÓLNIE jestem spoko.
Dziś o uogólnieniach, bo mi się wszędzie przed nos pchają. I kicham na to. No bo to naprawdę kicha.
Czy chrześcijanin słyszy Boga?
Przez wiele lat myślałem, że to tylko przenośnia i nie należy brać tego dosłownie. Myślałem, że chodzenie do kościoła, czytanie biblii i klepanie ojczenaszów wystarczy. Sprawa zaczęła się delikatnie zmieniać w momencie, w którym zacząłem go traktować nie jako wyimaginowane i abstrakcyjne pojęcie, ale jako osobę, jako kogoś z kim można porozmawiać i może mi nawet odpowiedzieć.
Od pewnego czasu mieszkam ze swoją dziewczyną i wydaje mi się, że tworzymy w miarę zgraną parę. Dogadujemy się, jesteśmy razem szczęśliwi itd. Aż tu pewnego dnia w mojej głowie pojawiła się ni z tego ni z owego myśl, a nawet śmiem powiedzieć, że polecenie, żebym się z nią rozszedł.
Będzie to fragment raportu,
z jakiego ja jestem sortu.
Jak blog jest osobisty, to się pisze też o sobie. A kto ja jestem?
Mieszkam obecnie w hiszpańskiej wiosce. Takie małe culo del mundo, koniec świata. No ale życie się toczy, więc wyznaczyłam sobie, co mam robić i na czym się skupić. Ustaliłam jako priorytet naukę hiszpańskiego. Angielski i grafika zeszły na drugi plan.
„W prozie szersze mamy wiersze”.
Wspaniały zapach wakacji powoli ulatuje z opalonych nozdrzy. Zanim się w robociznę człowiek wkręci, fajnie zredagować doświadczenia we wnioski. Bo to podwójnie pożyteczne: nie dość, że odpoczęłam, to teraz jeszcze coś pożytecznego z tego wycisnę.
To cisnę.
Byłem niedawno na cmentarzu.
Wśród mnóstwa grobów opisanych jako „Tu leży Ś.P. Jan Kowalski” był inny, dużo starszy, na którym wyryto w kamieniu:
„Tu spoczywają zwłoki”
Tylko ten jeden mówił prawdę.
Jestem niepełnosprawna
Przez całe życie, od 31 lat, spotykam się z kwestią uzdrowienia. Od samego początku mego istnienia na naszej pięknej planecie. To temat-rzeka.
Ludzie są zafascynowani „powrotem do zdrowia”, czego mi serdecznie życzą. A ja niezmiennie powtarzam i tłumaczę, że mojej niepełnosprawności nie da się „wyleczyć”. Jeżeli ciągle, raz za razem, łopatologicznie wyjaśniam dlaczego, to czemuż mimo tego, wciąż słyszę to samo?













Najnowsze komentarze